sobota, 27 listopada 2010

Tokio, po raz pierwszy

   Trzy godziny snu, to jednak mało po tak ciężkiej nocy ;) Budzik mnie nie obudził, nie słyszałam go kompletnie, obudził mnie Marek telefonem, ale jednak chyba byłam zbyt nieprzytomna, by rozmawiać. A może i rozmawiałam? Tego niestety nie pamiętam. Mam rano takie stany, gdzieś pomiędzy snem a świadomością, kiedy nie do końca kojarzę, co się wokół mnie dzieje. Kiedy skojarzyłam już nieco bardziej, z przerażeniem stwierdziłam, że jest 11.15, a ja jestem w proszku. O cholera. To nawet lepiej, że Aziz się spóźnia, może jeszcze zdążę się ogarnąć. Nie zdążyłam. Dzwonek do drzwi. Jeszcze ani razu nie otwierałam drzwi wejściowych do Ninomiya przez to ustrojstwo zamontowane na ścianie. Które mam przycisnąć? Przycisnęłam jedno, nie działa, drugie, nie działa, trzecie – o cholera, włączyłam alarm. Zaczęło niemiłosiernie wyć. Jak mam ten cholerny alarm wyłączyć. Wciskam po kolei wszystkie guziki, w panice, wywołanej alarmem, żaden nie działa, do pokoju przyleciał dosłownie po chwili strażnik. Co się pani stało? Nic się nie stało, alarm się włączył, nie umiem wyłączyć, przepraszam najmocniej, to przez przypadek, naprawdę nie chciałam!! Pomógł mi wyłączyć alarm i otworzyć drzwi wejściowe. I wtedy już ocknęłam się zupełnie. Co za idiotka ze mnie, rany julek, przecież ten biedak pod drzwiami zaraz stąd zwieje, nie dość, że alarm, to jeszcze ja w piżamie, nieuczesana, z podkrążonymi oczami, co za żenada…

   Aziz nie zwiał. Choć nie ukrywał zdumienia i lekkiego zażenowania połączonego z kompletnym rozbawieniem. Bo takiego powitania to jeszcze w życiu nie doświadczył. Śmiej się, śmiej, ja naprawdę nie chciałam... Podreperowałam nieco swój wizerunek tym, że ogarnięcie się zajęło mi już tylko 15 min. I pojechaliśmy.
    Tsukuba Express jedzie do Tokio Akihabara w godzinę, odjeżdża ze stacji co kwadrans. Ładny, elegancki pociąg, klimatyzowany, nawet nieprzepełniony. Sunie bezgłośnie po torach. Ustaliliśmy plan gry. Ja o Tokio nic nie wiem, nie zdążyłam przeczytać, nie wiem co chcę zobaczyć, może być cokolwiek, ty byłeś tam już parę razy, więc masz prowadzenie. Gdziekolwiek zdecydujesz, tam idziemy, a ja potulnie idę za Tobą. Chodzić mogę, buty mam wygodne, tak, dużo łazić też mogę, łażenie mi nie straszne. Rzadko kiedy przyjmuję rolę takiej sierotki, w zasadzie nie pamiętam kiedy ostatnio, ale tak wybitnie nie chciało mi się myśleć, co i gdzie, orientować w tej miejskiej dżungli ani decydować… Całe szczęście Aziz zgodził się na taki układ. I miał niewątpliwą zaletę w postaci znajomości języka japońskiego, którego uczył się już dwa lata zanim tu przyjechał. A przyjechał kilka miesięcy temu na rok. A do tego miał GPSa i umiał się nim posługiwać. Aparat też miał, dobry, i też umiał się nim posługiwać, więc ja swojego praktycznie nie wyciągałam, a wszystkie poniższe zdjęcia są jego autorstwa. Moją rolą było uśmiechanie się do zdjęć, trzymanie obiektywu podczas zmiany długiego na krótki i odwrotnie oraz czytanie na głos ciekawszych fragmentów z przewodnika.

     Zaczęliśmy od znalezienia czegoś do jedzenia i picia. A potem pojechaliśmy na Asakusę. Jak mówi przewodnik, to najciekawsza i najważniejsza dzielnica Tokio, bo najstarsza i najbardziej urokliwa. Cała reszta już bije nowoczesnością i futuryzmem. W jej centrum znajduje się świątynia Sensoji, najstarszy obiekt sakralny w mieście, powstały w 645 roku, poświęcony Kannon, bogini miłosierdzia, której posąg wyłowili z rzeki Sumida dwaj bracia kilkanaście lat wcześniej. Zanim jednak się dotarliśmy do świątyni, trzeba było przejść przez Bramę Gromów i razem z falą ludzi przemieścić się jakieś 200m uliczką Nakamise, pełną sklepów i straganów ze wszelkimi pamiątkami. Fala turystów była przeogromna, chyba jeszcze większa niż te, które do tej pory widziałam. Niemniej świątynia wrażenie robiła, razem z tym tłumem, który dodawał specyficznej atmosfery tego miejsca. Bo teraz to jest tłum turystów, ale niegdyś, to był tłum wiernych z całego Tokio. 




     Wydostaliśmy się z tłumu i pospacerowaliśmy po zwykłych małych uliczkach, nisko zabudowanych, pełnych straganów, sklepików, pracowni artystycznych i malutkich świątyń. Te uliczki też nie były puste, ruch był jak na Marszałkowskiej, ale przynajmniej można było iść swoim tempem, a nie falą. Ta część Tokio jest zupełnie inna od pozostałych, może dlatego, że tak oddalona. W zasadzie nie można też powiedzieć, że pozostałe dzielnice miasta są takie same – miasto jest podzielone na dzielnice dlatego, że poszczególne fragmenty coś jednak różni. Ale mają pewną cechę wspólną – tłok, zarówno ludzki jak i architektoniczny, uliczny hałas, bezład i nowoczesność w stopniu przytłaczającym. Człowiek dostaje zwyczajnego oczopląsu. Wróciliśmy na Akihabarę i po chwili tam spędzonej chcieliśmy uciec. Tłoku tam panującego nie da się opisać. Ale uciec nie było łatwo. Wsiedliśmy do zatłoczonego do granic możliwości metra. Aziz zdecydował, że jedziemy na Odaibę, dzielnicę na kompletnie drugim końcu miasta, nad Zatoką. W przewodniku napisali tylko 2 zdania o tej części miasta, że jest najmłodsza i że najbardziej modna wśród młodych Japończyków. Bez żadnego komentarza, czy warto tam zajrzeć, czy nie. Więc nie byłam do końca przekonana, czy jest sens tam się tłuc. Znacznie słynniejsza jest Ginza albo Roppongi. No ale słowo się rzekło i miałam nie wybrzydzać i nie marudzić, tylko dać się prowadzić. Stwierdziłam, że wypada go dotrzymać, choć rwałam się do przejęcia prowadzenia. Aziz mówił, że na Odaibie jeszcze nie był, ale jego przyjaciel Feruz, ten, który tu mieszka, kazał mu tu kiedyś przyjechać, koniecznie w porze dnia, gdy już zacznie się ściemniać. A ja przypomniałam sobie przecież, że mój przewodnik jest do kitu i lepiej słuchać się mieszkańców. Skoro tak, to jakoś wytrzymam te pół godziny w zatłoczonym metrze. Byłoby tylko milej, gdyby pan co stoi obok tak nie śmierdział, a pani z drugiej strony nie wbijała mi łokcia w żebra.

    Wydostaliśmy się z metra. Ale teraz trzeba było zmienić stacje i wbić się w pociąg. Towarzystwo osoby umiejącej mówić po japońsku zdecydowanie ułatwia podróżowanie i jakiekolwiek przemieszczanie się, oj bardzo. Pociąg już był nieco luźniejszy. Jechał po takiej specjalnej linii torów ponad ulicami, z okien można było oglądać miasto, oświetlone ciepłą barwą zachodzącego słońca. I zamigotał mi we wspomnieniach z dzieciństwa taki rysunek miasta z przyszłości w moim podręczniku do środowiska z trzeciej klasy podstawówki. Wyglądał wtedy jak kompletne science fiction. A teraz na tym rysunku właśnie się znalazłam…

    Wysiedliśmy. GPS okazał się niezwykle pomocny, pomógł nam trafić ze stacji nad Zatokę. I gdy już tam dotarliśmy doznałam absolutnego szoku. Tam nie było ludzi. Ale wciąż byliśmy w Tokio, wielkie wieżowce przy stacji, wielkie wieżowce widać tu, tuż po drugiej stronie wody, ale nad samą wodą – pusto. Cicho. Przyjemnie. Cudownie i niesamowicie. Zaróżowione niebo, migoczące światła miasta i piękny Most Tęczowy. Nie wiem jakim cudem nie ma tu tabunu ludzi. Nie mówię o turystach, bo skąd biedacy mają wiedzieć, ale o mieszkańcach, o tych prawie 13 mln mieszkańcach na 2100km2 miasta, o tych 6 tysiącach ludzi na kilometr kwadratowy! (Nawiasem, wiecie, że gęstość zaludnienia w Wawie jest praktycznie po połowę mniejsza?) No ale z drugiej strony wieczorem nad Wisłę też mało kto chodzi. Chociaż pewnie bardziej z obawy, by w ryj nie dostać. Tu jest raczej bezpiecznie. W każdym razie miejsce nam się wybitnie spodobało i wybitnie sprzyjało prowadzeniu ciekawych rozmów. 


    Po drugiej stronie łuku uformowanego przez nabrzeże znaleźliśmy coś, co nas kompletnie rozbroiło. Statuę Wolności. Cóż, nie od dziś wiadomo, że wiele społeczeństw kopiuje amerykańskie wzorce i jest zachwyconych amerykańskością. Japończycy zdecydowanie w tym trendzie przodują, szczególnie młodzi. Spacerując tak sobie znaleźliśmy tanią knajpę z tempurą (czyli ryż + smażone cuda w cieście, głównie krewetki, grzyby i warzywa), a zapachy z niej dolatujące wywołały nagły skurcz żołądka i niespodziewany atak głodu. Nie dało się przejść obok niej obojętnie. Weszliśmy do środka, zamówiliśmy coś do jedzenia i zastanowiliśmy się co dalej. Aziz stwierdził, że najlepiej by było, gdybym została w Tokio do rana i mogła jeszcze raz zobaczyć Asakusę, ale bladym świtem, kiedy przybiera zupełnie inny charakter. Jego przyjaciel tam właśnie mieszka, niedaleko, planował właśnie wieczorem do niego jechać, u niego nocować i zostać na niedzielę, żeby o poranku zobaczyć inne oblicze tego miasta. Ale dla mnie pewnie też miejsce do spania się u niego znajdzie. Zaraz do niego zadzwoni i dowie się co i jak.

    Problemu z noclegiem oczywiście nie było, więc postanowiłam zostać. Ale Feruz nie wrócił jeszcze z pracy, więc wciąż mamy trochę wolnego czasu. Aziz zadecydował, że pojedziemy wobec tego na Roppongi. Dzielnica ta jest znana z kilku rzeczy. Po pierwsze – najsłynniejsza dzielnica rozrywki dla młodych Japończyków i cudzoziemców, na niemal każdej ulicy są bary i nocne kluby, a tłum imprezowiczów przelewa się przez skrzyżowania o każdej godzinie od zmierzchu do świtu. Po drugie – Roppongi Hills, największy w mieście, jedenastohektarowy kompleks budynków z niezliczoną ilością sklepów, restauracji, galerii i innych przybytków luksusu. Po trzecie – Wieża Tokio, 330-metrowa konstrukcja radiowo-telewizyjna, a zarazem najbardziej znany punkt widokowy miasta, jak nietrudno zgadnąć wzorowana na Wieży Eiffla.
     Znów pociąg, znów zawalone ludźmi metro. A tym razem po wyjściu na powierzchnię przytłoczyło mnie co innego. Już nie sam dziki tłum ludzi, ale niewyobrażalna rewia mody dzikiego tłumu ludzi na ulicach. Sobota wieczór, wiec wszyscy szli na imprezy, wszyscy odpicowani w kosmos. Kobiety i mężczyźni. Śliczni i sztuczni. I zabawni. I rozbawieni. I smutni. Najlepsze były dziewczyny w miniówach, bez rajstop, po prostu gołe nogi przy 10ºC, zimowych butach z futerkiem i wełnianej czapce na głowie. Stuk obcasów o chodnik. Tak głośny, że aż świdrował w głowie. Grube maski z pudru na twarzach Japonek. Przecież one mają taką piękną cerę, na co im ten puder! Świecąca z daleka biżuteria. Wszędzie. Na nogach, rękach, głowie, pępku. Eleganckie drogie płaszcze, najdroższe, markowe torebki. Kraina zbytku. Nie dało się tego strawić na trzeźwo. W pierwszym lepszym konbini kupiliśmy po puszce piwa i sącząc je pod sklepem obserwowaliśmy jak panienka z tipsami długości kilku dobrych centymetrów zmaga się z otworzeniem podobnej puszki. Najpierw ona, a potem jej koleżanki z tipsami podobnej długości. Poddały się i jedna z nich poprosiła Aziza nieśmiało o pomoc. Zrobiła to w tak kokieteryjny, przesycony erotyzmem, a jednocześnie łagodny sposób, że aż mnie zatchnęło. Na nim jednak nie zrobiło to wrażenia. Wszystkie tu tak robią, wszystkie lecą na cudzoziemców i wszystkie są łatwe, aż do znudzenia, a wręcz obrzydzenia...

    Poszliśmy w kierunku widocznej z daleka czerwonej podświetlonej Wieży Tokio, a po drodze dostałam wykład na temat… samochodów. Zupełnie zapomniałam zwrócić na to wcześniej uwagi, może dlatego, że jestem kobietą i samochody mnie jakoś specjalnie nie kręcą, kawałek blachy zawieszony na czterech kółkach z jakimiś bajerami w środku, służy do przemieszczania się, nie rozróżniam ni marek ni modeli, co najwyżej kolory karoserii. Totalna ignorantka. Tatuś, wybacz, wiem, że uczyłeś mnie kiedyś tego, co tam jest pod tą maską, ale nic już nie pamiętam. No więc auta w Tokio to była jedna z nielicznych rzeczy, które Aziza tu zwyczajnie zachwycała, co rusz to wypatrywał na ulicy co ciekawszy, bardziej niesamowity model i opisywał na czym owa niezwykłość polegała. O, a ten, tu na wystawie, to najdroższy samochód świata, produkowany w ilości jedna sztuka rocznie, na specjalne zamówienie, jaki on piękny, ja nie mogę, czekaj, normalnie muszę go sfocić. Itp. Dla mnie miały jedynie nieco mniej standardowy kształt, bo taki trochę bardziej wybajerzony. Ale faktycznie, jak człowiek się wpatrywał, to co rusz przed nim takiego typu auto śmigało.


   Dotarliśmy pod Wieżę. O wjechaniu na górę można było zapomnieć. I to nawet nie tylko o cenę biletu wejściowego tu chodziło. Kolejka osób czekających do kasy zdawała się nie mieć końca i stała praktycznie w miejscu. Nie chciało nam się czekać. Wróciliśmy na stację i pojechaliśmy z powrotem w okolice Asakusy, gdzie czekał już na nas Feruz.
    Życie w Tokio jest okrutnie drogie. Ceny wynajmu mieszkania są kosmiczne. Ludzie żyją więc w kliteczkach, a właściwie nie żyją, tylko śpią, bo żyją w pracy, tam trochę więcej przestrzeni. Feruz, przyjaciel Aziza jeszcze z dzieciństwa, przyjechał do Tokio studiować, na rok, ale musi dorabiać w weekendy, by się utrzymać, bo stypendium jakie dostaje, jest stanowczo za niskie. W Tsukubie dałoby za to radę, w Tokio bez szans. A w Uzbekistanie, to by tego nie na rok, a na ładnych parę lat starczyło. W Polsce, jakby się uprzeć, też. Jako, że tradycyjne mieszkania w blokach nie mają z reguły więcej niż 8m2, na parterze niemal zawsze jest urządzony duży pokój wspólny, z telewizorem, kanapami i kuchnią. Tam więc się rozgoślciliśmy, a do rozmowy przyłączyły się jeszcze sąsiadki - Koreanka i dwie Chinki. Wszyscy oni na życie w Tokio narzekali… I zupełnie im się nie dziwię. Ciekawa jestem tylko jak życie w tym mieście postrzegają sami Japończycy. Spróbuję się dowiedzieć niebawem. 

     Zgodnie z planem, jak tylko zaczęło świtać, po zaledwie paru godzinach snu, wyszliśmy znów na tokijskie ulice i udaliśmy się w kierunku świątyni. Teraz już było naprawdę nieźle. Sklepy jeszcze pozamykane, stragany jeszcze nie rozstawione, normalni ludzie jeszcze śpią albo wracają z imprezy, ale to nie w tej dzielnicy, bo w tej jeszcze śpią. Pod Sensoji natknęliśmy się więc tylko na „garstkę” takich nienormalnych. 





    Poranny spacer był super, jednak na drugi dzień zwiedzania Tokio już nie miałam ochoty. Snu zdecydowanie ostatnio trochę brakowało, wczoraj przeszliśmy niezły kawał, więc już sobie dziś daruję. Tym bardziej, że samej w tak wielkim mieście to żadna frajda łazić, człowieka dopada tylko oczopląs i melancholia, zaraz znów tłum wylegnie na ulice, a i wiem, że Aziz chce spędzić dziś trochę czasu z przyjacielem. Postanowiłam wrócić do Tsukuby. Odprowadził mnie na stację, przypilnował, czy aby do dobrego pociągu wsiadam i się pożegnaliśmy. No i taka to właśnie była moja pierwsza wizyta w Tokio. Nie wiem, czy gdyby nie mobilizacja ze strony Aziza, to bym tam w ogóle pojechała. Pewnie by mi się nie chciało. Bo choć byłam ciekawa, to jakoś mnie nie ciągnęło. No ale jednak zdecydowanie warto było ten świat zobaczyć. Choćby po to, by zdać sobie sprawę jak małym, uroczym i spokojnym miastem jest Warszawa :)

piątek, 26 listopada 2010

Piątek, tygodnia koniec i początek ;)


    W pracy zdecydowanie mam co robić. Więc kolejne dni zleciały piorunem, nawet nie zdążyłam zauważyć, kiedy zrobił się piątek. A w tak zwanym międzyczasie rozszerzałam krąg znajomości we wsi, co zaowocowało kolejną ciekawą informacją. Jest taki bar, na północy Tsukuby, w którym raz w miesiącu spotykają się ludzie, którzy lubią grać na gitarze i śpiewać, a właściciel – Shein organizuje tzw. Open Mic, do tego po angielsku. I listopadowy Open Mic będzie właśnie dzisiaj. Start, standardowo, jak wszystkie japońskie imprezy, o 23-ciej. No więc nie ma opcji, trzeba się tam wybrać. Nie znalazłam niestety entuzjastów z Ninomiya, bo to dla nich za daleko, to aż 8km trzeba jechać, Hot Staff jest bliżej, więc wszyscy idą tam. Nie chcą, to nie, pojadę sama. Ale na kolację z nimi mogę się wybrać, nie ma problemu. Właśnie Zdeniek zadzwonił, że montuje się ekipa na sushi. No ja właśnie wróciłam z pracy. No reszta też. To za 15 min spotykamy się na parkingu. Świetnie. Dowiem się przy okazji, gdzie w Tsukubie jest najlepiej na nie chodzić, bo tam mnie jeszcze nie było.

    Strasznie lubię to wieczorne pedałowanie całą zgrają po chodniku lub ścieżce, jest przezabawne. I teraz też, 8-mioosobowa banda popedałowała jakieś 3 km na północny zachód do najbardziej znanego i największego tutaj sushi baru. Przed wejściem czekała już kolejka oczekujących na wolny stolik, według schematu obowiązującego u nas na pocztach i urzędach, czyli wciskasz guzik i drukuje się karteczka z numerem, który potem wyświetla się przy opuszczanym stoliku. Przed nami oczekiwały tylko 3 grupy, więc poszło dosyć sprawnie. Dostaliśmy stolik nr 56, a wątpię, że był to najwyższy numer. Stolików było na oko znacznie więcej. Kelnerzy pogubiliby się chyba w takiej ilości klientów, więc patent z elektronicznym zamawianiem przez ekran dotykowy i przesuwającą się taśmą między stołami jest w tym przypadku rewelacyjny. Obsługa panelu była oczywiście tylko w krzaczkach, ale chłopaki już nie pierwszy raz tu byli i doskonale wiedzieli co i jak przyciskać. Nawet i ja się nauczyłam. A sushi było naprawdę niezłe, a do tego dosyć tanie. No i znów zapomniałam popstrykać foty, obiecuję, że następnym razem będę pamiętać ;)

   No więc wiedziona ciekawością popedałowałam sama na daleką tsukubiańską północ, gdy udało mi się już zlokalizować bar na mapie. Zrozumiałam też, że istnieje w Tsukubie czwarty podział społeczności, na tych z północy i tych z południa. Na północy jest Uniwersytet, a na południu Instytuty, więc przekrój społeczeństwa tu i tam jest dokładnie taki sam, ale kontakt ciut bardziej ograniczony, bo się ludziom tyle pedałować zwykle nie chce. No i trzeba się bardziej pilnować z alkoholem na imprezach, bo do domu daleko. Nie lubię sama chodzić do baru, tym bardziej nowego i tym bardziej, gdy nie wiem, czy ktoś znajomy tam będzie, zresztą nie mam tych znajomych jeszcze aż tak dużo, w końcu dopiero dwa tygodnie na wiosce jestem. No ale w tym przypadku, nie mogłam sobie pozwolić, żeby taka okazja mnie ominęła, więc trzeba było tą nieśmiałość jakoś przemóc.
   Pamiętacie Japończyka, który zaoferował mi rower, kiedy szłam na stację na autobus do Kioto? Ja generalnie ich niezbyt rozróżniam, wszyscy żółci są prawie tacy sami, choć niektóre twarze już są bardziej znajome, a ta akurat się nieco bardziej wyróżniała od tradycyjnej japońskiej twarzy i wyjątkowo ją zapamiętałam. No i tu go właśnie spotkałam, z tą dziewczyną, dla której holował ten rower. Rozpoznał mnie i rozradowany przedstawił swojej dziewczynie, Kate. Jednak ta wioska jest mała… To między innymi oni szykowali się do występu, on gra na gitarze, ona śpiewa, a ich kumpel Nigeryjczyk akompaniuje na kochonie. Ludzi przybywało, bar był niewielki, więc trudno było o jakąkolwiek anonimowość, a właściciel stojący za ladą zna wszystkich stałych gości, więc jak widzi kogoś nowego, to od razu chce się zapoznać i proponuje tradycyjnego firmowego drinka na koszt baru dla tych, którzy są tu po raz pierwszy. Tak i też było w moim przypadku. Jestem z Polski? A, no to przecież zaraz tutaj pojawi się Ania, znam Anię? Tą, co hymn śpiewała? Tak, tą. No proszę, nie powiedziała mi nic o tej imprezie, dowiedziałam się z innego źródła. A mówiłam jej, że lubię gitarę… Ale to jej ostatnia noc w Tsukubie, jutro wraca do kraju, pewnie miała sporo na głowie, pakowanie i tak dalej. Ale zanim pojawiła się Ania, pojawił się… doktor Nicolas z Argentyny, jedyny jakiego poznałam, zagraniczny współpracownik w naszej grupie badawczej w NIMSie. Jego pobyt już też na końcówce, za 2 tygodnie kończy mu się kontrakt. Do tej pory głównie jego męczyłam wszelkimi pytaniami dotyczącymi pracy w labie, bo najlepiej mogłam się z nim dogadać. Zdziwił się na mój widok nieco, ja nie mniej. On też miał zamiar pośpiewać, do spółki z takim jednym Niemcem z Ninomiya House, co to na gitarze gra. Nie znam go jeszcze? No to już, poznajcie się. To jest Matthias, a to Agnes, Twoja sąsiadka. No i powiedzcie mi, że nie wylądowałam na wiosce ;)

   Oczywiście impreza była super. Brakowało tylko afteru, odstawienia mikrofonów i pieca na bok, wypięcia kabli z gitar i uformowania śpiewankowego kręgu. Ale afteru zrobić się nie dało, bo nie było kiedy. Impreza trwała w najlepsze do rana. A i repertuar był całkiem w porządku, trochę Stinga, trochę klasyki rockowych ballad, Beatlesi, Cranberries, Tracy Chapman, a nawet po sztuce piosenki włoskiej, hiszpańskiej, francuskiej, niemieckiej i polskiej, którą zaśpiewałyśmy wspólnie z Anią.

    Impreza zaowocowała, jeszcze jedną fajną znajomością. Naprawdę fajną. Aziz, z Uzbekistanu, w końcu jakiś normalny, swój człowiek, który doskonale rozumie o czym mówisz, jeśli mówisz na przykład o odnajdywaniu się w tsukubarskiej społeczności, z którym w końcu możesz szczerze porozmawiać o tym co myślisz, a nie tylko o dupie marynie za przeproszeniem. I w końcu ktoś, kto rozmawiając z tobą nie patrzy się na ciebie jak na kolejną panienkę, którą chciałby zaliczyć. Zapytał mnie jakie mam plany na rozpoczęty właśnie weekend. Ja na to, że chcę coś zobaczyć, choćby Tokio, bo jeszcze nie miałam okazji tam pojechać, że nie chcę tego dnia przespać, mimo przeimprezowanej nocy. Chcę jechać sama? Tak. A on, że sama mam nie jechać, on właśnie też planował wypad do Tokio, do swojego kolegi, więc mam jechać z nim, może poszwędać się po mieście ze mną. Ale chociaż 3 godziny snu by się przydały. Mi też. Umówiliśmy się na 11-tą i zmyliśmy z imprezy, gdy zaczęło świtać. Matthias zmył się wcześniej, więc do Ninomiya wracałam sama. I już dobrze zrozumiałam, dlaczego nikomu nie chciało się tak daleko ze mną pedałować…

wtorek, 23 listopada 2010

Ech...

   Pora wejść w codzienność. Złapać tradycyjny rytm dnia. Czyli przestawić się na myślenie: "mieszkam tu" a nie "jestem turystką". Nie muszę codziennie chłonąć i tak intensywnie poznawać. Ale nie wiem, czy to będzie takie proste. Przyzwyczaiłam się już, że ciągle coś się dzieje. Nawet w Polsce ostatnimi czasy byłam kompletnie pozbawiona rytmu zwykłej codzienności. Do tego stopnia, że przestałam lubić dni, kiedy nie dzieje się nic. To takie nienaturalne. Już dawno nie miałam tak po prostu dnia, czy nawet wieczora tak zupełnie i tylko dla siebie. Mam go teraz. I się denerwuję, bo dostałam go nagle i niespodziewanie i właśnie niespodziewanie aż nie wiem co z nim zrobić. Sama się tym zaskoczyłam.

   Dzisiaj Japończycy mają swoje Święto Pracy, skutkiem czego faktycznie wyjątkowo do pracy nie idą. Oczywiście mogą, jeśli chcą, nikt im nie zabroni, bo to tutaj przecież splendor i chwała wyrabiać nadgodziny i pracować ciężko. Ale akurat dziś niewielu Japończyków to czyni. Z tej okazji udało się zaplanować wycieczkę na Wyspę Małp w większym gronie, głównie mieszkańców Ninomiya House, z którymi zgadałam się w weekend na imprezie. Ale wczoraj wieczorem trzeba było niestety wycieczkę odwołać. Powód banalny. Chwilowe, kompletne załamanie pogody. Leje za oknem i wieje, jest absolutna mgła, kompletnie nic nie widać i człowiekowi z domu nie chce się ruszyć. Do tej pory było prześlicznie, codziennie słońce, kolorowe liście, cudna jesień w pełni. A teraz jakaś kompletna masakra.
I nikt nawet nie zadzwoni, nie napisze, co słychać u mnie, co porabiam, czy nie mam ochoty się z nikim spotkać, choćby filmu obejrzeć. A mi jakoś tak na razie dziwnie głupio wychodzić samej z inicjatywą. Nie wiem jeszcze na ile jestem w tym środowisku akceptowana, na ile mogę sobie pozwolić, mam odwieczny problem z wyczuciem granicy narzucalności się komuś. Więc wolę się nie odzywać. Dobrze, że mam gitarę. Że mam muzykę. Internet i sporo zaległych rzeczy do przesłuchania i przeczytania, na które tak w zasadzie to nigdy nie miałam czasu. Tak, mogę go teraz wykorzystać dla siebie. Nie wiem tylko zupełnie, skąd bierze mi się poczucie, że go marnuję… A tego poczucia szczerze nienawidzę. 

Już dobrze, głupie poczucie prysło.
Takie dni też są potrzebne.
Też potrafią ubogacić.
Można pozbierać myśli do kupy, uporządkować je jakoś, ponazywać. Straszne ich mnóstwo przelatywało mi ostatnio przez głowę, niestety za szybko, wylatywały, zanim zdążyły się w niej osadzić, a już pojawiały się kolejne. A i co zabawne, niektóre myśli formułowały się w języku angielskim. Tak same z siebie. Chyba jednak muszę więcej tu pisać ;)

poniedziałek, 22 listopada 2010

Sklepologia

   Jadę tak sobie, na tym rowerze, intuicyjne zmierzając na zachód, w stronę słońca, zachodzącego, zaróżowionego nieba. Tam mnie jeszcze nie było. No proszę, jednak mają w Tsukubie McDonalda! O i nawet KFC! Ciekawe swoją drogą, czy japoński mac smakuje tak samo jak u nas… Sprawdzę kiedyś. Zaintrygował mnie duży biały budynek, Wonder Rex. Czyżby to było właśnie to o czym rozmawiały ostatnio Barbara z Anastazją? Japoński wielki ciuchland? Trzeba to zbadać. Absolutnie.
Tak, to było to. Szalenie mi się spodobało. Okazało się, że to nie był tylko ciuchland, ale ogólny second-hand ze wszystkim, trzypoziomowy, ubrania były tylko na parterze, o powierzchni mniej więcej Cerfura w Reducie, na pierwszym elektronika, na drugim wszystko pozostałe, mnóstwo bibelotów, pierdołów, książek, nawet instrumenty muzyczne i akcesoria sportowe. Każdy może tam przynieść swoje rzeczy, jak do komisu. Większość z nich to przedmioty zupełnie nowe, najczęściej nietrafione prezenty, sprzedawane za grosze. Wow… Istne szaleństwo. Ale może kiedy indziej… Teraz, do spożywczego przydałoby się zajechać.

   Jestem tu już dwa i pół tygodnia i wciąż czuję się w tych cholernych sklepach spożywczych cholernie zagubiona. Istna makabra. Mam już dosyć płatków z mlekiem na śniadanie, wciąż głodna po nich jestem, i sałaty na kolację, zagryzanej bananem lub zupki instant. Swoją drogą, kocham zupki instant, muszę się zmuszać do ograniczeń w ich spożyciu. Nasze Vifonki to przy nich dno dna. Vifonki jadą glutaminianem sodu. Te, nie mam pojęcia czym, nie dość, że każda czym innym, to jeszcze mają dużo suszonych warzyw i są gęste i dobrze przyprawione przyprawami, a nie chemią. Tak mniemam, bo chemia tak nie smakuje. Zresztą mają tych przypraw całą ścianę w sklepie, więc po co mieliby przyprawiać chemią. No a tych zupek to są dwie ściany i zawsze największy tłok przy nich. Ech… Ogarnąć się trzeba, i to szybko, wziąć w garść i przekonać się, że inne rzeczy też nie gryzą. Oprócz słodyczy, które są słone. Bo one gryzą jak diabli.  
    Chleb mają tylko tostowy. Dobra, niech będzie, może mi starczy by dotrwać od śniadania do lunchu. Ser… zapomnij. Drogi jak jasny gwint. Ale tu chyba jakieś takie Hochlandopodobne, takie w plasterkach, to się nada. Szynka. Rany Julek, ceny z sufitu. O, jest jakaś przeceniona. Super. O warzywach też można zapomnieć, 6zł za jednego pomidora zafoliowanego w pudełeczku to nie dam. Wolę już te przeceniane sałatki za 3,50. W Kasumi, takim większym supermarkecie, zakupy dobrze jest robić wieczorem, bo wtedy część rzeczy jest przeceniana w stosunku do tego co jest rano. Zauważyłam to najpierw na sałatkach, a potem na większej ilości produktów.
    Przeszłam się po sklepie i raz i drugi i ciężko było mi kupić coś więcej. Czuję się jak dziecko, kompletnie jak dziecko, które mamusia musi wziąć do sklepu za rączkę i wytłumaczyć, co leży na półkach, co jak się nazywa, co do czego służy, co z czym się je. Nawet tutejszy cholerny makaron nie wiem jak długo się gotuje, no ale trzeba go wziąć i wyczaić na miękkość. Z czym ten makaron by można zrobić… Grzyby. Mają ich tu mnóstwo różnych rodzajów, które wyglądają przepięknie i bajecznie. Aż strach jeść. No ale przecież się nie otruję, raz kozie śmierć. Cena do przyjęcia, więc biorę. To jeszcze śmietana do tego. Która to może być… Hm, to raczej jogurt. To raczej mleko do kawy. To raczej jakiś pudding. To chyba też jogurt. To, to nie mam pojęcia. Ale to, to chyba może być to. Ciekawe ile ma procent. Ale innego nie ma, jedno tylko takie. Oj tam, najwyżej…
   Idę do kasy. Ciekawy tu mają patent na pakowanie rzeczy, po przejechaniu przez czytnik, pani kasjerka, po prostu przekłada rzeczy do pustego takiego samego koszyka, układając je bardzo starannie, dbając, by to co miękkie, nie wylądowało na dnie. A do siatki to już potem sobie sami zapakujemy przy stoliku, które są zaraz za kasami. Do tego, w trakcie kasowania i przekładania tych rzeczy z koszyka do koszyka, cały czas nawija. Chyba nazwę produktu i cenę. I się uśmiecha. Kłania się, gdy podaję pieniądze. Kłania się, gdy wydaje mi resztę. Kłania się, gdy dziękuję. I cały czas uśmiecha. I tak za każdym razem, do każdego następnego klienta, i cały dzień, i ten, i następny… Mój opróżniony koszyk zostaje przy kasie, służy teraz za ten pusty dla następnego w kolejce…
    Przed sklepem rząd koszy na śmieci, ostra segregacja. Tylko do którego mam wyrzucić skórkę od banana, co? Żaden z rysunków nie pasuje. Wyrzucę ją u siebie.
Siatka wędruje do koszyka na kierownicy. Jakie to wygodne. Nie trzeba jej dygać. Zresztą, miałabym kawałek, bo niby to blisko, ale 20min na piechotę by się zeszło. A rowerem to myk i już w domu.

    Drugi rodzaj sklepów z jedzeniem, to convinience stores, czyli konbini, czyli czynne 24h małe sklepy wyglądające jak te ze stacji benzynowych, tylko, że bez stacji benzynowych. Są na co drugiej bezimiennej ulicy. Mała dygresja. Mówiłam, że ulice nie mają nazw?? W większości. Tylko takie 6-pasmowe mają. A reszta to no-namy. Adres to tylko nazwa dzielnicy i numer. I tylko w Kioto ulice miały nazwy. No więc wracamy do combini. Są podzielone na kilka sieciówek, Seven Eleven, Lawsons i Coco. Każda z nich ma dokładnie taki sam asortyment, tyle, że chyba różnych firm, bo opakowania się nieco różnią. Ale rozkład sklepów identyczny. Mają tam lodówkę z piwem, lodówkę z mrożoną kawą, półkę z bułkami na słodko, półkę z bułkami na słono, ścianę zupek instant, półkę ze słonymi słodyczami, półkę z chipsami i kolejną z piciem. A w kącie zawsze toaleta, dostępna dla wszystkich i półka z gazetami. Przy kasie jest parę zakąsek na ciepło, typu smażone panierowane warzywa, gotowane ośmiorniczki i inne takie, oraz mikrofala, automat z wrzątkiem i jednorazowe pałeczki. Wrzątku można brać do woli, ile kto chce, jeśli ktoś sobie życzy zjeść zupkę na miejscu. Jeśli bułkę na słono ktoś sobie życzy na ciepło, może włożyć do mikrofali, też nie ma problemu, nie kosztuje to drożej, a pałeczki są gratis. W ogóle w niczym nie ma problemu, kasjer zawsze się uśmiecha i jest szalenie cierpliwy.
   Ostatnio Czesi znaleźli piosenkę na YouTubie, która doskonale oddaje klimat konbini, naśmiewają się z niej ciągle i chodzą powtarzając w kółko eto, eto…


niedziela, 21 listopada 2010

Socjo-logicznie...

    Dawno już nie byłam na imprezie, kończyła się pójściem spać o 10-tej rano dnia następnego… Jest w ogóle sens kłaść się spać? Takie piękne słońce świeci, śliczna pogoda, kolorowe liście, zobaczyłabym coś, zwiedziła może, poznała kolejne zaułki Tsukuby? Szkoda dnia na ten sen… Po co on nam w ogóle. No dobra, może chociaż ze dwie godziny, przydałoby się nieco wytrzeźwieć, żeby rower łatwiej było prowadzić.

   O faktycznie, teraz jedzie się trochę lepiej, kierownica się jakoś mniej wykręca i równowagę się jakoś lepiej trzyma… Szkoda tylko, że zaraz się ściemni. No ale cóż poradzić. Coś za coś. Innego sposobu na poznanie ludzi i zaznajomienie się z tym, co w Tsukubie się dzieje, to tu za bardzo nie ma. Lokalnej gazety nie przeczytam przecież. Z przewodnika się nie dowiem. Internet już przekopywałam, też za dużo się nie znalazło. Bezpośrednia rozmowa z mieszkańcem to jednak najlepsze źródło jakichkolwiek informacji.

   No więc trochę o ludziach. Wspominałam, że głównie mieszkają tu naukowcy. Gdyby wylądował tu jakiś socjolog z zacięciem, na pewno by się nie nudził, bo obserwacja tak specyficznej społeczności na pewno dostarczyła by mu sporych wrażeń i niezłego materiału na jakąś obszerną pracę. Ja socjologiem to nie jestem, a tym bardziej socjologiem z zacięciem, ale parę rzeczy, które już zdążyłam tutaj zaobserwować, to mnie tknęło i muszę Wam opisać.
   Społeczność Tsukuby można bardzo łatwo zdefiniować i podzielić trojako. Pierwszy podział, najbardziej oczywisty, to Japończycy i zagraniczni, których nie jest tu wcale mało, tak na oko wydaje mi się, że może nawet kilkanaście procent. Drugi, równie mocno narzucający się podział, to naukowcy lub studenci (w skrócie naukowcy) i pozostali, ciężko mi szacować w jakim stosunku, ale na pewno odsetek tych pierwszych jest znacznie wyższy niż w jakichkolwiek innych japońskich miastach. Trzeci podział zaś, to mieszkańcy mieszkańcy i mieszkańcy tymczasowi, przy czym, co ciekawe, za granicę tymczasowości uznaje się rok z hakiem. Jeśli ktoś siedzi tu dłużej niż rok, mniema się, że jest mieszkańcem. Odsetek mieszkańców tymczasowych jest również spory w porównaniu z innymi społecznościami, z jakimi się do tej pory zetknęłam. Wszystkie te grupy się wzajemnie przenikają i kontaktują, poza mieszkańcami Japończykami nienaukowcami, którzy są zdecydowanie bardziej odizolowani ze względu na absolutną nieznajomość angielskiego, jednak nie są odizolowani zupełnie, bo oczywiście część zagranicznych nauczyła się mówić po japońsku. Jak łatwo się domyślić, ja się klasyfikuję do zagranicznych naukowców tymczasowych, których jest z kolei zdecydowanie mniej niż zagranicznych naukowców mieszkańców.
    I teraz w tak zdefiniowanej społeczności, można się bliżej przyjrzeć charakterom relacji pomiędzy ludźmi. Oczywiście mieszkańcy mieszkańcy są przyzwyczajeni do ciągłej roszady towarzyskiej w ich społeczności, ktoś wyjeżdża, ktoś przyjeżdża, a jak przyjeżdża to głównie z nastawieniem „maximum enjoy & experience”. Chętnie nawiązują zatem z nimi przelotne znajomości, warte tyle, co jeden miły wieczór, bo przecież nie ma sensu poznawać się z kimś lepiej, skoro i tak ten ktoś zaraz wyjedzie. A najlepiej to w ogóle uskutecznić jakiś niezobowiązujący romansik, bo to tak egzotycznie, tak z kimś z zagranicy, tak niemal anonimowo, bo przecież i tak, poza wioską, nikt się nie dowie. I tak oto obydwie strony doskonale się rozumieją i są szczęśliwe. Oczywiście chwilą. Nie zastanawiając się nad znaczeniem tej chwili. Bo przecież liczy się tu i teraz. A co będzie potem, to potem, pożyjemy, zobaczymy.
   A co jeśli ktoś z tymczasowych odstaje od reguły, prezentuje odmienne podejście, zastanawia się nad znaczeniem tej chwili? Jest postrzegany jako dziwak, więc zamyka się w swoich czterech ścianach, kontemplując samotność, woląc ją od tych mierżąco przelotnych znajomości. I choćby taki człowiek chciał poczuć, że nie jest sam tutaj, w swoim myśleniu i postrzeganiu tsukubańskiego świata, to nie ma jak i gdzie poznać mu podobnych. No, chyba, że kompletnie przypadkiem…
   Jeśli przyjrzymy się bliżej grupie mieszkańców naukowców, zauważymy dwa główne podejścia do życia. Pierwsze – praca, praca, praca, sen, praca, lunch, praca, praca, praca. Drugie – praca, praca, impreza, praca, impreza, praca, impreza, impreza, impreza. Dwie skrajności. I w tym przypadku rozkład Gaussa nie działa. Bo ludzi z tak zwanego złotego środka jest tu jak na lekarstwo.
    Nie zdziwi Was zatem, jeśli przyznam, że ciężko jest mi się tu, w tej społeczności, odnaleźć… Że irytuje mnie, kiedy za każdym razem rozmawiając z kimś nowym pierwsze pytanie jakie słyszę, zaraz po „jak masz na imię i skąd jesteś”, to „jak długo tu zostajesz”. Że na jakieś bardziej wartościowe przyjaźnie chyba nie mam tu co liczyć…

sobota, 20 listopada 2010

Nikogiriyama


   Ginny, Australijka, główna organizatorka wszystkich wycieczek, a jednocześnie żona prezesa klubu, Japończyka Tadashi, ustaliła czas zbiórki o 6-tej rano, na parkingu pod sklepem, tuż obok Hot Stuffu. Na praktycznie wszystkie wypady jeżdżą samochodami, bo taniej i wygodniej, więc organizacja z jej strony polega głównie na logistyce, wcześniejszym zebraniu informacji, kto jedzie, kto ma samochód, kto ile wolnych miejsc, przygotowaniu mapek dla kierowców, oczywiście w wersji elektronicznej do załadowania w gps, skalkulowaniu kosztów benzyny i podzielenia po równo. Jedzenie w czasie dnia każdy sobie zapewnia sam, a na koniec wycieczki wszyscy idą do knajpy na obiadokolację.

   Tym razem było nas 19 osób na 4 samochody. Całkiem spora gromadka i całkiem międzynarodowa, głównie pary. Ann i Neil, małżeństwo z Wielkiej Brytanii, Bridget i John, naukowcy z USA, Anja i Nathan, ona Holenderka, on Japończyk o hinduskich korzeniach, Vaishali i Tanaji, hinduskie małżeństwo, Geoff i Sayumi, on Amerykanin, ona Japonka, Toshi i Gretchen, on Japończyk, ona z Nowej Zelandii, Japonka Nobu, Hindus Venkata, nasza słowiańska trójka i organizatorzy. Ha!, Zapamiętałam wszystkich, dobra jestem. Średnia wieku nie była nawet taka zła, tak myślę, że gdzieś niecałe 40 by wyszło. No i co najważniejsze – swoboda komunikacyjna z ludźmi otwartymi i ciekawymi świata.
    Naszym dzisiejszym celem była Nikogiri w okręgu Chiba, niezbyt wysokie górki, taki Beskid Niski, tyle, że nad wodą, nad Zatoką Tokijską, kryjące starą świątynię pośród skał z olbrzymim kamiennym Buddą. Pogoda była nienajlepsza, ale też nie najgorsza. Zapowiadali deszcz, całe szczęście nie padał, ale niebo było mocno zasnute chmurami.
     Droga na miejsce miała potrwać około dwie godziny plus planowa przerwa w połowie drogi, w miejscu, gdzie Zatoka Tokijska się przewęża i gdzie zbudowali taki półmost z tarasem widokowym, dochodzący do jej połowy, skąd można zobaczyć Tokio, Jokohamę i oczywiście Górę Fudżi. Dwie godziny to jednak postaliśmy sobie w korku próbując się wbić na autostradę przez Tokio. Myślałam, że w Japonii nie ma korków, tyle tu dróg, wszystkie przynajmniej 6-pasmowe, a do tego w sobotę rano?? No ale ponoć to standard, Tokio jest potwornie zakorkowane. No ale jakoś przebrnęliśmy przez te korki. Jako, że przejrzystość powietrza nie była najlepsza widok nie powalał. A Fudżi było praktycznie niewidoczne. 


    Nie mówiłam Wam jeszcze czym jest Fudżi dla Japończyków. Absolutnie świętą górą i pełną mistycyzmu. Prawie każdy Japończyk musi tam wejść, więc wszystko jest tak przygotowane, by każdy dał radę wejść, do tego nawet w nocy, by zobaczyć wschód słońca z góry, ale wszystko to działa tylko w sezonie, który się kończy we wrześniu. Potem wstęp na Fudżi jest zabroniony, bo pojawia się już na nim śnieg. Mistycyzmu dodaje fakt, że nie zawsze można tą górę zobaczyć z daleka. Latem jest to praktycznie niemożliwe. Jedynie późną jesienią i zimą, tak jak teraz. Jedynie gdy przejrzystość powietrza jest rewelacyjna, gdy nie ma chmur i tylko wcześnie rano lub tuż po zachodzie słońca. I choć góra jest oddalona od Tsukuby jakieś 150km, to też ją stąd widać, właśnie z Instytutu, wystarczy 4-te piętro. Ale tylko czasem. Wtedy jest olbrzymie poruszenie i wielkie wow, Japończycy zbiegają się do okien na zachód, stoją i kontemplują. Był już jeden taki dzień, ale niestety przegapiłam. Kolejnego nie przegapię.

    Teraz było widać ledwie cień, zlewający się z chmurami, i gdyby Ann mi nie powiedziała, że widać, to bym nie zauważyła, mimo wpatrywania się przez dobre kilkanaście minut w dokładnie tą stronę.
Dotarliśmy na miejsce. Zostawiliśmy samochody na parkingu i ruszyliśmy za Ginny. Weszliśmy w las, który zrobił na mnie niezwykłe wrażenie, był tak inny od naszego. Równiutko rosnące drzewa, proste jak od linijki, pnące się wysoko do góry. Inaczej pachniał. Inaczej brzmiał. Nieco podobne było jedynie błotko ;)


    Szło się całkiem przyjemnie, spokojnym spacerowym tempem, rozmawiając po drodze z każdym po trochu. Do momentu, gdy… no właśnie, to trzeba mieć szczęście. Nie wiem, czy dało się to sprawdzić, pewnie tak, ale nikt o tym nie miał pojęcia, że tego dnia, na tej trasie właśnie będzie maraton, taki trochę Bieg Rzeźnika w wersji japońskiej, a my poruszaliśmy się dokładnie w przeciwprądzie. Nie bardzo dało radę zawrócić, zmienić trasę, czy skoczyć w krzal. Zresztą oni i tak nie wiedzą, co to znaczy iść krzalem. Nie pozostało nam nic innego jak dreptać o powoli i odskakiwać z drogi nadbiegającym zawodnikom, kibicując jednocześnie. Wiecie co było zabawne? Oni nas przepraszali, że biegną. Kłaniali się w biegu, uśmiechali, wykrzykiwali pozdrowienia. My pod górkę, oni z górki. Numery startowe były trzycyfrowe, jakąś trzysetkę nawet wypatrzyłam. I aż dwie dziewczyny biorące w tym udział. Sporo było młodych osób, ale dziadków też nie brakowało. Nieźle, naprawdę nieźle. I pomyśleć, że nawet tutaj są tacy wariaci jak i u nas, jakie to pocieszne. A potem męczące, bo już naprawdę miałam dosyć ciągłego odskakiwania na bok, choć nasi byli niestrudzeni i niemal każdemu biegnącemu lub grupie biegnących klaskali i życzyli powodzenia. Jakoś udało nam się wejść na górę, tam już trasa maratonu nie pokrywała się z naszą. Mogliśmy spokojnie iść dalej, na kolejny, pobliski szczycik. Tam zjedliśmy sobie lunch, delektując się również widokiem na zatokę i miasteczko u podnóża pasma. No a potem z górki. Po drodze natykaliśmy się na wysokie skały, trochę przypominały mi Jurę, a niektóre, były wręcz idealnie płasko ścięte. Po prostu ściana z kamienia. Idealnie równa. Aż wylądowaliśmy na terenie świątyni, gdzie każdy miał czas dla siebie, za godzinę widzimy się pod Buddą, a teraz każdy dostaje mapkę, bilet wstępu, strzelamy strażaka i kązdy może buszować po swojemu. A powiem Wam, że to miejsce było naprawdę niezwykłe, niesamowite, w końcu jakaś magia i urok bez tabunu turystów, ukryte w lesie, no fakt można dojechać samochodem i wejść od drugiej strony, zajmie to wtedy tylko 30min, ale wciąż, nie ma tego okrutnego tłumu. VII Iwiek. Wszystko z kamienia, na zboczu góry. Mnóstwo posągów, rzeźb ukrytych pośród labiryntu krętych ścieżek. Mnóstwo zielonych zaułków, z kolejnymi posążkami. Dobrze, że dali nam mapkę, bo faktycznie, można by się tu pogubić. W jednym z zaułków labiryntu spotkałam Bridget i Johna skupionych nad mapą. Ucieszyli się przeogromnie i odetchnęli, gdy pokazałam im, gdzie jesteśmy i pobiegłam dalej. Godzina to mało na cały ten teren, chciałam zobaczyć jak najwięcej. Niesamowite były drzewa, które mają więcej chyba korzeni na zewnątrz niż wewnątrz ziemii. I wszędzie te posążki, niektóre miały tak złowieszcze miny, inne spokojne, inne skupione, zamyślone, a niektóre bez głów w ogóle. Wszystkie usadowione w skalnych jamkach. W sumie było ich ponad  półtora tysiąca. Warto było to przyjechać i to zobaczyć i to poczuć. Ducha tamtej epoki. Dotarłam pod posąg Buddy o czasie, kurka felek, niezły był. Duży. Największy kamienny Daibiutsu w Japonii. Rozejrzałam się wokół, na zbiórce byli dopiero Czesi i Ginny z Tadashim. No tak, reszta pewnie się pogubiła w zaułkach… Na szczęście po pół godzinie już zebraliśmy się wszyscy i ruszyliśmy w dół, ku Zatoce. Gdy już byliśmy nad wodą, słońce zaczęło zachodzić, a chmury nieco zelżały, więc znów zaczął się show. Do zachodów słońca mam słabość, mogłabym wpatrywać się w nie w nieskończoność. A jeszcze gdy w pobliżu są góry… A słońce odbija się w tafli wody… Bajka. Szliśmy tak plażą w kierunku naszego parkingu, w promieniach zachodzącego słońca, mijając po drodze rybaków. Tuż pod parkingiem słońce zaszło. Skubani ci Japońcy, chyba nie lubią chodzić po nocy ;) A ja się przyznam bez bicia, że się już za tym trochę stęskniłam. No i ten spacerek. Taka rozgrzewka. Jakieś manewry by się teraz przydały. I pomimo 3 godzin snu poprzedniej nocy tryskałam energią. Pozostali… hmm, no cóż. Tych kolana bolą, ten to już dawno na takim długim spacerze nie był, ta zmęczona, ten zmęczony. Tylko Czesi niewzruszeni. Tak, czy siak, było bardzo sympatycznie i cieszyłam się, że mogłam wziąć w tym udział. 








   Zapakowaliśmy się do samochodów i ruszyliśmy z powrotem, zahaczając po drodze o bar sushi, w którym planowano kolację. Nie pisałam Wam jeszcze w zasadzie o sushi. Część z Was doskonale wie, co i jak, bo przecież teraz sushi w modzie i w stolicy na każdej już niemal ulicy w centrum bar sushi się znajdzie. Ja jednak w Polsce nigdy w takim przybytku nie byłam. Tu w Japonii – raz, pierwszego dnia, co mnie nieco zniechęciło, bo prosto z podróży, prosto na głęboką wodę, pamiętacie. I wtedy mi bardzo nie smakowało. Na bankiecie konferencyjnym też próbowałam kilka rodzajów sushi, już nieco bardziej świadomie, z wytłumaczeniem co jest co i o co kaman i już przyswoiłam pewne smaki i już wiem, czego nie lubię, a co tak. Surowej ryby nie lubię. Łosoś jeszcze ujdzie, ale pozostałe, nie wchodzą już w grę. Jednak bar sushi, to nie tylko sushi w czystej surowej postaci. Wybór jest tak ogromny, że spokojnie można znaleźć coś, co będzie smakowało. Na przykład takie z krewetką. Albo sałatką krabową. Albo najzwyklejsze maki z ogórkiem. W zasadzie wszystkie sushi z rodzaju maki mi smakują, poza takim jednym z żółtym w środku, bo strasznie to śmierdzi morzem. No i podoba mi się koncepcja baru, czyli stoły na około kuchni, przy których wciąż jeżdżą na specjalnej taśmie talerzyki z sushi, różnego rodzaju. Jak któreś pomacha i powie „zjedz mnie”, wystarczy sięgnąć po nie ręką. Cena w zależności od talerzyka, z reguły coś w stylu czerwony 100Y, niebieski 150Y, czarny 200Y. Łatwe i przejrzyste. A do tego przy każdym stoliku jest ekranik dotykowy z rysunkami, gdzie można zamawiać coś, czego na taśmie nie widać, albo gdy nie chce nam się czekać, aż może nadjedzie. I wtedy przyjeżdża na specjalnej podstawce, wiadomo, że nikt z innego stolika tego nie weźmie, a przy naszym stoliku miga ekran, że przyjechało co chcieliśmy. A potem tylko przychodzi pani, liczy puste talerzyki zestawione w piramidkę i wypisuje rachunek, który się płaci przy oddzielnej kasie obok wyjścia. Jakie to proste, nie? A podsumowując, określony typ sushi lubię, ale nie jestem jakąś olbrzymią fanką. Jest japońskie jedzenie, które smakuje mi bardziej, choćby na przykład takie gęste gulaszopodobne zupy ze wszystkim, z makaronem, czy najzwyklejszy ryż z warzywami, dziwnościami i przyprawami, albo wszystkie te pieczone warzywa, pieczone ryby lub pieczone krewetki. No i jest oczywiście jeszcze dużo innych potraw, których jeszcze nie odkryłam…

    Powrót też nie obył się bez korka, więc w Tsukubie wylądowaliśmy z powrotem koło 9-tej. Idealnie. Akurat, żeby się ogarnąć, przebrać i polecieć na imprezę. Tym razem może być do rana ;)
   

piątek, 19 listopada 2010

Do pracy rodacy


   Hurra, przyszły w końcu moje kochane monomery! Już je dostarczono, już mogę je odebrać, moje maleństwa, tyle przeszkód miałyście po drodze, nie chcieli was tu wpuścić te Japońce niedobre, no ale już dobrze, dobrze, już jesteście z mamusią. Nic się wam nie stało? Jak wam podróż minęła? Nie rzucano wami za bardzo? Nie potłukłyście się, nie rozlałyście, nie spolimeryzowałyście? Och jak cudownie. Już wsadzam was do lodóweczki, tam będzie wam dobrze, tylko to trochę miejsca trzeba zrobić, o tak, tak możecie sobie leżeć…

   No i co tu kochani więcej mówić. Do pracy rodacy ;) Zaczyna się. Dwa tygodnie wdrożenia mamy za sobą, zaczyna się lajf. Nie ma na co czekać, jedziemy z tym koksem. Zobaczymy, jak Japończycy pracują, wiem, że dużo, ale wiem też, że nie chcę dać się zamknąć w labie na cały tydzień od wczesnego rana do późnego wieczora. Jakiś kompromis trzeba będzie tu wypracować. Więc z góry uprzedzam, że teraz wpisy będą pojawiać się rzadziej. I będą mniej powieściopisarskie, bardziej konkretne. Bo nie ma co tu pitu-pitu odwalać, tylko brać się do roboty. Rozumiecie, prawda?

   Piątek mamy, więc trzeba wpaść na chwilę wieczorem do Hot Stuffu, choćby przywitać się z ludźmi, zobaczyć, co słychać, w końcu nie było mnie cały tydzień, poznać kolejnych tsukubarców. I wiecie co się okazało? Pod moją nieobecność dostałam już na wiosce ksywę. Ktoś zgadnie jaką? ;)
Dowiedziałam się wszystkiego od Andrei, która przytoczyła mi fragment dialogu z zeszłego piątku, pomiędzy nią a Yasuko:
- a słuchaj, nie wiesz, czy przyjdzie dzisiaj ta Blondie?
- która Blondie? (bo np. Barbara, Anastazja, Noelia, Elena to też blondynki)
- no ta nowa… ona ma takie trudne do zapamiętania imię, ta Flower Blondie…
A przy okazji też okazało się, że, nieco nieświadomie, Andrea wyświadczyła mi olbrzymią przysługę, bo puściła niusa na wioskę, że faceci nie mają co się mną interesować, bo nie dość, że jestem już z kimś związana, to jeszcze ślub z nim planuję. No cóż, Hiszpanki lubią plotkować ;)

   Nie mogłam długo siedzieć, bo planowałam pobudkę o 5-tej rano, więc umówiliśmy się na imprezowanie w sobotę wieczorem. Tak to już jest. Ciężki wybór. Zwiedzać samej i korzystać z dnia, czy poznawać ludzi i korzystać z wieczorów. Tutaj wieczór zaczyna się o 22-giej, a imprezy o 23-ciej, więc trudno pogodzić jedno z drugim. Tym razem wybór był jednak prosty, bo zapisałam się wycieczkę w góry z tym górskim klubem starszych państwa, a do tego przekonałam dwóch Czechów z Ninomiya House – Zdeńka i Marka (tego co pożyczył mi gitarę), by wybrali się ze mną. Więc uciekam.

   Ach no dobrze, dorzucę Wam jeszcze jedną obserwację z kategorii everyday life. Jakoś zapomniałam napisać o tym wcześniej, że uwielbiam tutejsze automaty. Zawsze potrafią mnie zaskoczyć. Niby tylko zwykła maszynka, a dostarcza tyle wrażeń, uciechy i niespodzianek. Naprawdę. Oto przykłady.
    Któregoś razu po lunchu zapragnęłam normalnej herbaty, nie zielonej, której możemy pić na stołówce do oporu. No i tak stanęłam przy jednym z automatów w Instytucie i patrzę i wypatrzyłam rysunek z brązowym płynem w białej filiżance z uszkiem. Sąsiadowały z nim na lewo: czarny płyn w takiej samej filiżance, wyglądający jak kawa oraz płyn w kolorze mleczno-kawowym sugerujący raczej kawę z mlekiem, a po prawej: zielony płyn w takiej samej filiżance i lekko słomkowy, sugerujące jakieś herbaty. Więc niewiele myśląc, wcisnęłam guzik. Maszyna zabulgotała, wypluła kubeczek i zaczęła do niego nalewać ową herbatę. Wzięłam ją w ręce i nieco zaniepokoiłam się jej zapachem. Tak zalatywała nieco czymś dziwnym. Spróbowałam ostrożnie, bo była ciepła. Nie uwierzyłam. Spróbowałam drugi raz. Doznanie nie do opisania. Po pierwsze, to była słona! Po drugie, pływały w niej oczka tłuszczu. Po trzecie, zidentyfikowałam zapach. Po czwarte, zidentyfikowałam smak. Po piąte, to nie była herbata. Nie zgadniecie co to było. W życiu. Mi samej ciężko było uwierzyć. Zupa cebulowo-imbirowa!… Ogólnie wyśmienita, polecam wszystkim, ale wtedy tak marzyła mi się herbata… Potem, po uważnym przyjrzeniu się rysunkowi, dostrzegłam w tle delikatny kontur uśmiechniętej cebuli wyzierający zza filiżanki… Głupawka nastąpiła momentalnie.
   Innego razu, jak czekałam na autobus do Kioto, chciałam czegoś zimnego do picia. Późno było, sklepy zamknięte, a automaty na wyciągniecie ręki. I wypatrzyłam puszkę z pomarańczowo-żółtym płynem z drobnymi farfoclami. O! to musi być jakiś naturalny sok z miąższem. Macha do mnie i mówi „wypij mnie”. Świetnie, wrzuciłam monetę i przycisnęłam guzik. Maszyna zaczęła brzęczeć, buczeć, skakać i świecić na czerwono, a puszkę wypluła mi dopiero po jakiejś minucie wydawania tych straszliwych odgłosów. Ku memu największemu zdumieniu, puszka była gorąca. Jak ją wzięłam do ręki i dokładnie obejrzałam, to myślałam, że się przekręcę ze śmiechu. Ktoś chce zgadnąć co to było? Hmm? Tak, znów zupa… tym razem krem kukurydziany, w którym pływały normalnie ziarenka kukurydzy. Dobrze, że miałam w plecaku łyżkę, bo nie wiedziałabym, jak mam to wypić, a raczej zjeść…
   Jedziemy z kolejnym przypadkiem. W trakcie którejś przejażdżki rowerem po Tsukubie zapragnęłam czegoś słodkiego. Automaty są na każdym rogu, więc zatrzymałam się pod pierwszym lepszym i wypatrzyłam ślicznie wyglądające ciasteczko. Tak pięknie polukrowane. Oczywiście, zaczęło do mnie machać i mówić „zjedz mnie”. No to na co tu czekać. Raz, dwa i ciastko było moje. Spróbowałam. Nie wiem z czego było ono zrobione, ale słone było jak diabli. Nie dałam mu rady. Dobrze, że w parku pływały jakieś kaczki w stawie, rzuciły się na to ciastko i widać było, że wybitnie im smakowało.
   No i do kompletu jeszcze sytuacja z dzisiaj, a bohaterem jest automat na moim piętrze w Instytucie. Na rysunku - mrożona kawa z mlekiem. Mniami. W rzeczywistości, owszem, mrożona, owszem, z mlekiem, tyle że herbata… A feee!
   No i powiedzcie sami, jak tu nie kochać japońskich automatów? ;)

czwartek, 18 listopada 2010

Osaka cz.3, czyli Osaka itself


   Generalnie to lubię prezentacje, lubię opowiadać o czymś, co mnie fascynuje, co mi się podoba, co rozumiem, co mnie przekonuje, co uważam za istotne i może dzięki temu nie miałam do tej pory specjalnych problemów z wystąpieniami publicznymi. A czemu tym razem stres? Może po prostu dlatego, że jestem tu sama.
   Prezentację miałam zaplanowaną na popołudnie. A jeszcze przed południem natknęłam się na ekipę z mojego laboratorium, wytłumaczyłam im gdzie i o której będę mówić, zaprosiłam, żeby przyszli. Przed samą prezentacją się mocno zdenerwowałam, bo nie byłam w stanie dogadać się z obsługą sprzętu odnośnie tego, kiedy mam tą prezentację wrzucić na konferencyjnego laptopa, czy teraz, kiedy jest przerwa przed kolejną sesją, czy po prostu jak mnie wyczytają mam podejść, wetknąć pendriva i jechać z koksem. A chciałam przynajmniej zobaczyć, czy się otwiera, czy wszystko jest w porządku, bo wiadomo, sprzęt w najmniej oczekiwanych momentach lubi płatać figle. Z tego co zauważyłam, większość prezentacji była już wcześniej wgrana. Jednak Japończycy nie byli w stanie zrozumieć o co mi chodzi. To jest dopiero żenada. No i jak tu się nie zestresować? No dobra, pojedziemy na żywioł. Spokojnie, będzie dobrze.
Kolejny stresik, bo tuż przede mną miała mieć prezentację Chinka, z tej samej dziedziny, co ja. A jeśli ona powie wszystko to, co ja chciałam powiedzieć we wstępie teoretycznym? To muszę jakoś inaczej wypełnić 5 min prezentacji. Cholera. Oby nie…
Chinka w moim odczuciu wypadła słabo. Choć rozumiałam bardzo dobrze całe zagadnienie, nie zrozumiałam w zasadzie o co jej chodziło i po co były te jej badania, nie wspominając o jej angielskim, więc się w połowie zupełnie wyłączyłam z odbioru. Nikt nie miał pytań. Dziękujemy bardzo, teraz wystąpi pani… Aaa-ge-ska Suuuu-za-ska z prezentacją „Zastosowanie nowych nietoksycznych monomerów w procesie formowania tlenku glinu metodą odlewania żelowego”. Oł je. Poszło.
I po bólu. Uff. Z głowy.
Czy mają państwo jakieś pytania?
Stety-niestety pytania się posypały, więc dalej trzeba było się produkować. Ale miłe to było, bo przynajmniej wiedziałam, że słuchali, że zrozumieli i że się podobało.

    Z reguły na takich konferencjach w ostatni wieczór jest elegancki bankiet z dobrym jedzeniem. Tym razem również. Pięknie to wszystko wyglądało, ale wysiadły mi baterie w aparacie. I humor był taki sobie, bo nie miałam do kogo się odezwać, stałam sobie jak ta sierotka i szukałam wzrokiem kogoś znajomego pośród tego wielkiego tłumu. Natknęłam się na kolesia z windy. To było zabawne, bo w czasie kolejnych dni konferencji też ciągle trafialiśmy w tą samą windę, więc konwersacje w stylu jak masz na imię, skąd jesteś, czym się zajmujesz, jak długo jesteś w Japonii, jak ci się tu podoba itp. mieliśmy już z głowy. Zaprosił mnie do stolika, przy którym siedzieli praktycznie sami angielskojęzyczni doktoranci. No i już bankiet zaczął mi się bardziej podobać.
Po pewnym czasie, niedaleko zaczął formować się stolik polski, do którego też zostałam zgarnięta. Doktorantów tam nie było co prawda, ale co konwenanse, to konwenanse, nie można było odmówić. A że Polacy popić sobie lubią, a alkohol na bankiecie za darmo, to przynajmniej było wesoło.

    Czwartkowe wykłady już olałam. W końcu też mi się coś od życia należy, trzeba zobaczyć coś więcej w tej Osace, skoro już tu jestem. Kupiłam sobie bilet dzienny na metro i ruszyłam w miasto. Atrakcji w tym mieście jest moc, ale głównie dla bogatych turystów. Nawet niekoniecznie bogatych, wystarczy takich przeciętnych turystów ale z bogatszych krajów. W hostelu wszyscy zachwycali się Universal Studio, czyli takim japońskim Disneylandem ze światem anime, największym na świecie oceanarium, największym na świecie SPA World, gdzie w każdym z tych miejsc można było spędzić cały dzień i się nie nudzić. Ceny za wstęp mnie jednak powalały i na żadną z tych atrakcji się nie skusiłam. Jedynymi dostępnymi dla mnie atrakcjami zostały więc architektura miasta, życie mieszkańców, świątynie i zamek. Na zamek udałam się najpierw, było go widać z daleka, wyróżniał się mocno na tle nowoczesnych wieżowców. Ulokowany na górce, okrążony je jedną, ale całym systemem fos, olbrzymi, robił wrażenie, choć zupełnie nie wyglądał jak zamek. Gdyby nie te fosy i wielkie mury z olbrzymich głazów, nie pomyślałabym, że jest to jakaś twierdza. I nie dziwię się zupełnie, że zdobycie takiego zamku nie było łatwą rzeczą, bo nawet dla turysty, nie było łatwo odnaleźć się w labiryncie fos i znaleźć kolejne mostki. Może dlatego, że próbowałam zdobyć zamek szturmem od tyłu, a nie jak każdy przykładny turysta od przodu. Ale z tyłu był taki piękny park, w którym chciałam sobie pospacerować… I dobrze zrobiłam, bo gdybym szła od przodu, zniechęciłabym się szybko przeolbrzymim tłumem tych przykładnych turystów. Myślałam, że to tylko w weekendy tak. O święta naiwności. Zapomniałam zupełnie o istnieniu tak zwanych wycieczek szkolnych, które odbywają się przecież z reguły w tygodniu…

Zamek w Osace
świątynia Shitennoji

    W zasadzie nie podobała mi się ta Osaka specjalnie. Przytłaczała swoją miejską dżunglą. Hałas, tłok oczekujących na zielone światło na przejściu dla pieszych, tłok w metrze, tłok w sklepach, nawet w kiblu publicznym tłok. Tłok w myślach wytworzył się niejako przez indukcję.

    Zdecydowanie nie jestem typem samotnego podróżnika. Nie potrafię tak. Nie sprawia mi to przyjemności. Zawsze podróżowałam z ludźmi i taki sposób poznawania świata jest dla mnie najbardziej naturalny. A tych parę wypadów samotnych to tylko gdy potrzebowałam zebrać myśli do kupy lub gdy zwyczajnie nie mogłam znaleźć chętnych. I choć z jednej strony można powiedzieć, że nie jest to samotne podróżowanie, bo przecież wciąż kogoś poznaję, wciąż kogoś spotykam, to w hostelu, to na ulicy, to przypadkiem, tyle nowych osób, tyle wrażeń. To jednak wciąż czuję tą samotność bycia w miejscu ciekawym, ale obcym. Nie zależy mi tylko na cieszeniu się chwilą. To nie jest prawdziwa radość, gdy nie dzieli się jej z bliskimi, a ci nowo poznani, to nie bliscy, to tylko przelotne znajomości jednego dnia. Potrafią wywołać uśmiech, potrafią zbić samotność, potrafią wywołać emocje, ale to chwile. A przydałoby się, żeby coś było czasem warte więcej, niż chwilę…
Tak, wiem, że jestem tu jeszcze za krótko.
 
     Korciła mnie jeszcze jedna atrakcja Osaki – Floating Garden, czyli taras widokowy na 40-tym piętrze, 176 m nad ziemią, najwyższy w mieście. Widoki z Grande Cube były całkiem niezłe, pewnie nic innego tam nie zobaczę. Zresztą co mogłabym tam zobaczyć, miasto po horyzont i tyle. Do tego miasto, którego z resztą niezbyt lubię. Wolę Tsukubę, zdecydowanie. Ale jednak korci… Oczywiście, wejście nie jest za darmo, cena dwóch dobrych obiadów, może powinnam trochę bardziej kontrolować wydatki… Korci. Ale czemu korci? Przecież to tylko widok na tysiące wieżowców. Nie warto. W przewodniku piszą tylko, że niezapomniany widok, ale wszystko w przewodniku jest najlepsze i niezapomniane, więc nie wiadomo, co naprawdę, a co nie. Dalej korci. No dobra, idę.
Byłabym skończoną idiotką, gdybym nie poszła.
Nigdy jeszcze, nic co stworzył człowiek, nie wzbudziło we mnie takiego zachwytu. Takiego typu odczucia towarzyszyły mi do tej pory jedynie, tylko i wyłącznie w górach, gdy stało się na szczycie i widziało góry po horyzont. Tutaj może zachwyt nie aż do tego stopnia, bo nigdy miejski widok nie zachwyci mnie bardziej niż górski, ale jak znalazłam się na tym szczycie, to aż mnie zatchnęło, zamurowało, totalnie oszołomiło. Nie da się tego opisać. Zdjęć nacykałam chyba 100, ale żadne nie oddaje tego, co tam czułam i co tam widziałam. Spędziłam tam dwie i pół godziny, chłonąc to co się dzieje, nie mogąc spuścić wzroku. A do tego teatr, jaki zafundowała mi pogoda. Cały dzień były chmury, żadnych przebłysków słońca. Dochodziła 16-ta. Zza chmur wyszło słońce i zaczęło rzucać promienie na poszczególne budynki. Przejaśniło się, a słońce zaczęło zniżać, przybierając pomarańczowy odcień i oświetlając miasto ciepłą barwą. Na południu gromadziły się ciemne deszczowe chmury. Niesamowity kontrast światła. Zaczęło padać. Ale tylko na południu, a chmura przesuwała się nieco w kierunku południowego wschodu. Bach, tęcza. Bach, druga. Nad całym miastem. A słońce coraz czerwieńsze, światło coraz cieplejsze, a wszystkie szklane wieżowce na wschodzie zaczęły to światło odbijać. I człowiek już nie wiedział w którą stronę świata patrzeć, bo na każdej odgrywał się spektakl chmur, światła, cienia, deszczu i słońca. Jak urzeczona obserwowałam to wszystko, cykając szaleńczo zdjęcia. Ku mojemu największemu zdziwieniu, nie było wcale dużo ludzi na tarasie, zaledwie garstka, ale nie zwracałam na nich szczególnej uwagi. Gdy stałam tak zamyślona i wpatrzona w dal, usłyszałam nad uchem „cześć Agnes” i jak to ja, standardowo, przestraszyłam się, wzdrygnęłam i mało nie przewróciłam, a potem roześmiałam. To Scott i Tim, chłopaki z hostelu, których poznałam zaledwie wczoraj i rozmawiałam długo w kuchni po przyjściu z bankietu. Planowali na dzisiaj zwiedzanie Nary, więc nie spodziewałam się ich tutaj zupełnie. Właśnie wrócili i pomyśleli, że fajnie byłoby zobaczyć zachód słońca z Floating Garden. Niezwykłe to, stać ponad tak olbrzymim miastem, widzieć jego ogrom i doświadczyć zbiegu okoliczności, który każe myśleć, że jednocześnie jest ono tak małe. Zachód był o 16:50. Cudo. Zawsze poruszały mnie zachody słońca, a takiego, to jeszcze w życiu nie widziałam. Ale teatru nie koniec, chciałam poczekać aż się ściemni i zobaczyć Osakę roziskrzoną światłem własnym. Światła miasta zaczęły się zapalać jedno po drugim, jak przewracające się klocki w domino. Coraz szarzej, a jednocześnie coraz jaśniej. Aż zupełnie czarno, tylko lekka smuga ciemnej czerwieni na horyzoncie i miliardy światełek. Wow… I oni to wszystko zbudowali tu po wojnie, takie to teraz wielkie, takie nowoczesne, takie niezwykłe. Ciężko było nie odczuć potęgi tego kraju i pracowitości jego mieszkańców w mieście, w którym tradycyjna mapa nie wystarcza do swobodnego przemieszczania się, gdzie najlepsza byłaby taka w trójwymiarze…

Umeda Sky

Jedziemy na 40-te piętro









   Wróciliśmy do hostelu. Choć od rana byłam już wykwaterowana, to nie robiono mi najmniejszych problemów, żebym schowała dziś rzeczy do przechowalni i posiedziała jeszcze wieczorem w kuchni, zanim nie ruszę na nocny autobus powrotny. Polubiłam tą kuchnię. Zatęskniłam za tą kuchnią w Chatce. Zrobiłam herbaty i opowiedziałam chłopakom o Beskidzie. Nie mogli uwierzyć, że takie miejsca na ziemii jeszcze istnieją. Odprowadzili mnie na przystanek, trafiłam już teraz bez problemu, bałam się tylko trochę, czy chłopaki sami się nie zgubią wracając, bo nie wiem czy w czasie rozmowy zdawali sobie sprawę z tego jak idziemy, bo to ja prowadziłam. Niemniej szalenie miłe to było z ich strony i fajne, że udało mi się pożegnać Osakę tak optymistycznym akcentem. Zasnęłam, mając nadzieję, że nie ma w Japonii drugiej Tsukuby, albo Cukuby, czy też Tukuby, Sukuby lub czegokolwiek podobnego w brzmieniu, z czym mogłoby się to pomylić…