Zrozumiałam w końcu, o co chodzi z tymi problemami po zmianie stref czasowych, bo dopiero teraz zaczęły mi doskwierać. I nie chodziło wcale o to, że jestem zmęczona. Wręcz przeciwnie. Już po północy, a mi się w ogóle spać nie chce. Jestem tak rozbudzona, tyle mam pomysłów, tyle na raz chciałabym zrobić, sprawdzić, przeczytać, napisać, że jak tu iść spać?? Wiem, że jak pójdę późno, to znowu późno wstanę i dzień zbyt szybko minie i nic nie zobaczę. No więc może jednak się położę.
Cholera, jednak nie idzie. Leżeć w łóżku i czekać, aż się zmęczę i zasnę i nic nie robić, to bez sensu. To już wolę coś jednak zrobić. To może poczytam, z reguły jak czytam, to szybko usypiam…
I tak czytałam sobie o Japonii do 4tej, po czym znów spróbowałam zasnąć. Oczywiste więc, że nic nie wyszło ze wstania rano, znów obudziłam się w południe.
No to co by tu… Na rower i hajda poznawać miasto w drugą stronę od Ninomiya House. Wczoraj byłam na północ, to dziś poznam na południe. Jeden park, drugi park, kolejny park. Tym razem odniosłam wrażenie, że to miasto jest po prostu położone nad parkiem. Bo można przejechać zielonym terenem przez w zasadzie całe z północy na południe. Bardzo mi się to spodobało. To tak jakby u nas wzdłuż linii metra zrobić park. Super sprawa. No a co się w tych parkach dzieje? W zasadzie wszystko. Oczywiście masa dzieci, które mają tam takie wypasione place zabaw, o jakich tylko u nas można by pomarzyć. Tyle różnych fajnych rzeczy, drabinek, torów przeszkód, huśtawek, karuzeli, normalnie aż chyba przyjdę tu kiedyś nocą, jak dzieciaków nie będzie i sama się pobawię. A poza tym Japończycy dobrze wiedzą, że sport to zdrowie i każda parkowa przestrzeń jest na jakiś sport zagospodarowana. Sport wszelkiego typu, począwszy od joggingu przez piłkę taką, czy inną, tenisa czy palanta, skończywszy na jakiś wyszukanych dyscyplinach, których nazw nie znam, bo pierwszy raz na oczy widziałam. I nawet dziadki, takie co już ledwo dyszą i wyglądają naprawdę staro (bo Japończycy generalnie wyglądają strasznie młodo i strasznie mnie to wnerwia, bo tacy chłoptasie, co to wyglądają na gimnazjalistów są starsi ode mnie o 5-10 lat) twardo trenują. Niesamowite było zobaczyć ich wszystkich w niedzielę w tych parkach. Ciekawe, czy na co dzień też tak. Z ciekawości pojadę jutro sprawdzić. No, a jeśli ktoś jest już naprawdę bardzo odporny na sport, to przychodzi do parku poćwiczyć w inny sposób – muzycznie. Co rusz w jakimś zakamarku, a to na flecie ktoś, a to na bębnie, a to na skrzypcach… Aż normalnie kolejny pomysł mi się w głowie zrodził, ale o tym kiedy indziej :)
W każdym razie, w Ninomiya House ciężko odnieść wrażenie, że ludzie ci żyją w społeczności, każdy zamknięty w swoim prywatnym apartamencie, mało jest takiej wspólnej przestrzeni, jak w Alca, gdzie choćby w kiblu, w kuchni czy na korytarzu możesz z kimś pogadać. Ani razu jeszcze nie spotkałam swoich sąsiadów na korytarzu, na przykład. Natomiast tu, w tych parkach, widać wyraźnie, że potrafią oni cieszyć się nawzajem swoim towarzystwem i wcale specjalnie od towarzystwa nie stronią i czas wspólnie spędzany potrafią efektywnie wykorzystać. Pozytywne to takie jest, moim zdaniem. A, jeszcze jeden szczegół. Te parki są duże, więc mimo, że tyle się tam dzieje, to pojęcie wolnej przestrzeni różni się bardzo od tej pojmowanej na spacerze na Polach czy w Łazienkach na słonecznym weekendzie.
Umówiłam się z Żanetą na 16-tą, okazało się, że akurat skontaktowałam się z nią w idealnym momencie, gdyż w niedzielę właśnie miała planowane u siebie w Ninomiya spotkanie towarzyskie z zaprzyjaźnionymi dziewczynami z Polski, które też mieszkają w Tsukubie, ale na drugim końcu, koło uniwerku. No i poznałam kolejnych entuzjastów. Żaneta, naukowiec, już po postdocu i jej mąż, Wojtek, też naukowiec, ale w Polsce nauczyciel fizyki i dziennikarz, mieszkają tu już dwa lata, zachwyceni absolutnie wszystkim. Mąż za miesiąc wraca, ona dopiero za 5 miesięcy, bo jej się projekt przedłużył. Wracać obydwoje nie chcą, bo im tu cudownie. Ola i Ania – jasne blondynki, studentki japonistyki, jedna z UW, druga z UJ, na rocznej wymianie, która właśnie im się kończy, w tym miesiącu wyjeżdżają i kombinują, jakby tu znów wrócić. Nie muszę dodawać, że zachwycone, zafascynowane i obeznane ze wszystkim, z językiem pisanym, czytanym i mówionym włącznie. A Anię pewnie niektórzy mogli poznać ostatnio, bo parę dni temu śpiewała nasz hymn przed meczem siatkarek Polska – Japonia w Tokio. Moi rodzice i brat na pewno oglądali, więc wiedzą która ;) No i do tego druga Ania, najlepsza aparatka z tego grona, odważna i szalona kobieta, a jednocześnie taka stateczna… Doktorantka japonistyki z UW, siedzi w tym kraju już ponad trzy lata, japoński lepiej zna od Japończyków, ich kulturę również i… no to było do przewidzenia, zaręczona z Japończykiem. Biorą ślub w marcu, w Warszawie. Jeszcze nie wiedzą, gdzie zamieszkają, ważne że razem. Trochę tu, trochę tam, przecież to wcale nie tak daleko, a los pokaże gdzie im będzie lepiej.
Spędźcie długi wieczór z takimi fascynatami i nie miejcie wrażenia, że wylądowaliście właśnie w najpiękniejszym miejscu na Ziemi ;) A przy okazji, posmakujcie do tego drugiego po sake najbardziej znanego japońskiego alkoholu – umeshu. Rewelka, uwielbiam to. Ten, który akurat piłam tego wieczora miał posmak śliwki, delikatny i słodki. A do tego nie jest to zbyt mocne, więc można pić bez obaw o szybkiego zgona.
Dorzucę Wam jeszcze parę ciekawostek. Ola już w sobotę wiedziała, że przyjechałam, bo powiedział jej o tym jej japoński kolega, którego poznałam w piątek. Mi nic nie powiedział, że zna jakąś Polkę. W każdym razie odniosłam wrażenie, że Tsukuba jest mała, prawie każdy każdego zna, a wieści rozchodzą się po mieście lotem błyskawicy.
Jedyne, na co dziewczyny narzekały, to olbrzymi krąg japońskich adoratorów, którzy świrują na widok blond włosów, a jeśli blondyna do tego rozumie japoński, to zakochują się w niej z miejsca, momentalnie i od takiego adoratora odczepić się nie można. Ja mam to szczęście, że japońskiego nie znam, więc do mnie będą tylko cicho wzdychać, ale nie podejdą i nie zagadają, bo dosyć słabo mówią po angielsku, nie czują się w nim dobrze, mają kompleksy i na pewno nie potrafią w tym języku podrywać blondwłosych Europejek. Uff, co za ulga.
Obejrzałam też parę japońskich reklamówek w TV. Nie trzeba rozumieć, co się w nich mówi. Wystarczy obejrzeć. Uciecha niesamowita i głupawka gwarantowana, gorąco polecam. W wolnym czasie poszukam jakiejś przykładowej na youtubie, to Wam podeślę, ubaw po pachy. Tu mowa o tych zwykłych, gorszych reklamówkach i bez pomysłu. Po prostu tańczą sobie japońskie dzieci z proszkiem do prania, albo gejsze z płatkami śniadaniowymi. Bo jest jeszcze druga kategoria. Japońców stać na to, żeby do reklamówek zatrudniać masę znanych na całym świecie aktorów. Ot, choćby takiego Brada Pitta. I wtedy starają się robić reklamy z większym polotem. Czasami trzeba je rozumieć, więc przydają się takie koleżanki z japonistyki, które przetłumaczą. I też są zabawne i pokazują, że Japończycy potrafią mieć do siebie dystans i umieją żartować ze swoich tradycyjnych zachowań, które gdzie indziej postrzegane są jako takie nieszkodliwe dziwnostki.
Dowiedziałam się też przy okazji, do czego służy kolejny japoński wynalazek, jaki mam w moim apartamencie, a którego zastosowania nie byłam jeszcze w stanie wykumać. Stoi bowiem koło umywalki taka maszynka z trzema guziczkami, niewielka i mryga jej ciągle zielona lampka. Domyśliłam się, że jeden guziczek to ON, drugi to OFF, ale ani one, ani ten tajemniczy trzeci nie gaszą lampki. No dobra, jak musi, to niech mryga. Nie zgadniecie, do czego to cudo. W życiu bym na to nie wpadła chyba. Otóż, sprawa wymaga szerszego wyjaśnienia. Jednej z rzeczy, której brakuje w moim wspaniałym apartamencie (tak, wyobraźcie sobie, że czegoś tam brakuje!), to… kosz na śmieci. Ale domyśliłam się dlaczego. Segregacja odpadów jest tam tak dalece posunięta, że tych koszów musiałoby stać chyba 6. Na dole w garażu jest olbrzymi śmietnik, gdzie zanosi się wszystkie odpady i bardzo dokładnie jest opisane, co gdzie trzeba wyrzucić. Ale wśród tych wszystkich pojemników brakuje takiego najzwyklejszego kosza na odpadki organiczne. Wiecie co się z nimi robi? Wrzuca do zlewu! Tak po prostu do grubej rury! A potem zakłada takie siteczko, taką przykryweczkę i wciska ten trzeci guziczek w tej tajemniczej maszynce i… następuje zmielenie odpadków i ich spłukanie. Nieźle to wykombinowali, co? ;)
| Mój rowerek z różowym kwiatkiem |
| Tsukuba, w tle Tsukuba-san, niedługo tam wlezę |
| Doho Park, chyba najfajniejszy z tych wszystkich w Tsukubie |
fajnie opisujesz swoje wrażenia z Japan
OdpowiedzUsuń