Przez jakiś czas kusiło mnie, by nie jechać do Nary i zostać dłużej w Kioto. Szczególnie rano, jak nie chciało mi się wstawać. W hostelu większość ludzi mówiła, że Nara jest super, ale całego dnia na nią nie potrzeba, że to aż za dużo, że góra 3 godziny wystarczą. W przewodniku zaledwie 3 strony o tej miejscowości, te same sformułowania co wszędzie – najbardziej znane, najczęściej odwiedzane, główna atrakcja itp i itd i też piszą, że pół dnia starczy. I gdyby nie to, że Ania, ta co ma narzeczonego Japończyka, mówiła, że Nara jest dla niej najpiękniejszym miastem w całej Japonii, to faktycznie chyba bym została w Kioto.
Udało mi się jakoś przewalczyć własne lenistwo, szybko się zebrałam, spakowałam, wykwaterowałam i poszłam na dworzec. Do Nary można się dostać na 3 sposoby, tzn. trzema różnymi pociągami, najtańszy był prywatny, Kintesu, odrobinkę tylko droższy Regional JR i drogi Expres JR. Chciałam jechać tym Kinetsu, ale nie wyszło, bo się trochę zaplątałam w bramkach, automatach na bilety i ogromie dworca, Regional JR wyświetlał, że odjeżdża za 5min, na Kinetsu musiałabym lecieć na drugi koniec stacji i tam szukać dobrej bramki, więc już sobie darowałam te 4zł różnicy, liczy się czas, wsiadam w tego Regionala. W ciągu tych pięciu minut udało mi się kupić dobry bilet i przebiec spory kawałek na któryśnasty peron. Pociągi w Japonii jeżdżą niesamowicie punktualnie, zegarki można sobie do nich nastawiać. Wbiegłam do pociągu i parę sekund później ruszył.
Nara również była stolicą kraju, zanim nie zostało nią Kioto, krótko bo krótko, tylko 74 lara, ale to ponoć właśnie te lata zrodziły tradycyjne formy japońskiej sztuki, rzemiosła i literatury. Jest to niewielkie miasto, zbudowane nieco na chińskich wzorcach, a jego główne atrakcje – 3 świątynie i muzeum otoczono olbrzymim parkiem (520ha!).
Hostel, jaki sobie zarezerwowałam w Narze, był dość nietypowy. Też najtańszy ze wszystkich, ale nietypowość polegała na jego pojemności, miał bowiem tylko jedną ośmioosobową sypialnię. Czyli w zasadzie takie to było bardziej mieszkanie przerobione na hostel niż hostel. Dlatego też nie był otwarty cały czas, a tylko w określonych godzinach w przypadku pojawienia się rezerwacji. W necie większość ludzi pisała, że miała problemy z jego odnalezieniem. Nie mam pojęcia czemu, bo ja trafiłam bezbłędnie. Właściciel pisał do mnie, że jak przyjadę, to muszę po niego zadzwonić, jeśli będę chciała zostawić bagaż w środku. Telefonu co prawda nie mam, ale na każdej ulicy jest budka telefoniczna, więc nie ma z tym najmniejszego kłopotu. Po chwili właściciel, młody Japończyk, Kosuke był na miejscu, dał mi klucze, bez załatwiania żadnych formalności. Zdziwiłam się. Formalności to wieczorem, a teraz mam iść oglądać miasto i cieszyć się dniem, bo słońce szybko zachodzi. Jak tak, to świetnie. Nauczona wczorajszym doświadczeniem spytałam go jeszcze gdzie by tu rower jakiś skołować. A on na to, że mogę wziąć jego rower, nie ma zapięcia ani blokady, bo i tak nikt go nie ukradnie, nie wygląda najlepiej, ale koła się kręcą i siodełko ma. Świetnie, biorę.
I pojechałam, najpierw przed siebie, na rekonesans dzielnicy, bo hostel był nieco na uboczu miasteczka. Pokręciłam się trochę, zorientowałam co i gdzie, a wtem słyszę, jak ktoś mnie woła. To Kosuke, który chciał się upewnić, czy się nie zgubiłam przypadkiem, bo przecież atrakcje miasta są w przeciwnym kierunku, niż ten w którym pojechałam. Wytłumaczyłam mu, że nie jestem tak do końca normalną turystką, ale mam mapę i mniej więcej wiem jak się nią posługiwać, więc nie musi się o mnie martwić… ;)
Ruszyłam do centrum. Nadziałam się na informację turystyczną, zajrzałam z ciekawości i stwierdziłam, że jednak to dobrze, że czasem mam przebłyski rozsądnego myślenia. Bo wczoraj w informacji w Kioto zaopatrzyłam się od razu w mapę Nary i okazało się, że ta moja jest o niebo lepsza, bo nawet ma poziomice i skalę. Tu natomiast dają tylko taką malowaną niemalże odręcznie. Jak się potem okaże, ta mapa była właściwie kluczowa.
Najpierw świątynia Kofukuiji, na samym wejściu do parku. No i oczywiście tłum ludzi. Wrażenie robiła wysoka, pięciokondygnacyjna pagoda, druga najwyższa w Japonii, która ponoć już 5 razy płonęła. Dużo różnych obiektów na terenie tej świątyni było, Wschodni Złoty Pawilon, czy skarbiec, ale tłum wybitnie przeszkadzał w odbiorze.
| Kofukuji |
W drodze do kolejnej świątyni, Todaiji, pokręciłam się trochę po parku. Niesamowite były wszędobylskie daniele, uważane tu za boskich posłańców, namiętnie karmione przez wszystkie dzieci specjalnymi ciasteczkami sprzedawanymi na każdym rogu. Tłum pod Todaiji był jeszcze większy, największy jaki widziałam, może dlatego, że to właśnie w tej świątyni jest największy posąg Buddy z brązu w całym kraju. Niezłą ma też ten posąg historię. Aby ten 15-metrowy Budda mógł powstać na początku VIII wieku, trzeba było dokonać 8 odlewów z 437 ton brązu, pół tony srebra, 300 kg rtęci i 7 ton wosku roślinnego. Niestety, pierwszy smuteczek, w 855r. odpadła mu głowa. Naprawili mu ją, ale potem kolejny smuteczek, dwa pożary i nowa głowa Buddy się stopiła. Obecna głowa Buddy jest już z 1692r. Natomiast pawilon w którym posąg się znajduje jest wciąż cały drewniany, olbrzymi i robi absolutne wrażenie. Ma 48m wysokości, 56m długości i 49m szerokości i jest wyobraźcie sobie największą drewnianą budowlą na świecie, a stanowi tylko 2/3 pierwotnej ośmiowiecznej konstrukcji. W tym przypadku tłum ludzi był zrozumiały i nawet pomimo tego, byłam urzeczona i zafascynowana tym miejscem, do tego stopnia, że pozwoliłam sobie zrobić zdjęcie. Nie wspomniałam Wam wcześniej – w Kioto co rusz ktoś się mnie pytał, czy może chcę, aby zrobiono mi zdjęcie. Rozumiem, że dla Japończyków to nie do pojęcia, jak można być pod zabytkiem tak ważnym dla kraju i nie zrobić sobie pod nim zdjęcia. Myśleli biedacy, że skoro zwiedzam sama, to może po prostu nie ma kto mi zrobić zdjęcia i bardzo życzliwie, acz bardzo natrętnie oferowali swoje zaangażowanie. Tu nie było inaczej ;)
Tłum ma to do siebie, że ciężko się w nim przemieszczać własnym tempem, idzie się w fali, a właściwie wlecze, ciężko iść szybciej. Teren świątynny był ogromny i zanim wydostałam się na parking, gdzie zostawiłam rower, miałam sporo czasu na kontemplację poczynań tłumu.
| Todaiji |
Teraz standardowa wycieczka nakazuje zwiedzić Świątynię Kaługa Taisha. Ale potrzebowałam trochę odpoczynku od tłumu, zmęczył mnie, a do tego pora już była wybitnie lunchowa. Jak cudownie, że mam rower. Ruszyłam w miasto, z dala od turystycznych atrakcji, w poszukiwaniu taniej knajpki z jedzeniem. O dziwo, większość z nich była pozamykana, w końcu dziś niedziela. Generalnie Japończycy częściej jadają w knajpkach. Primo, nie mają czasu na gotowanie, secundo, w knajpkach jest wbrew pozorom taniej. Półprodukty na przyrządzenie potraw wcale nie są dużo tańsze, są wręcz porównywalne, a jeśli do tego doliczyć opłatę za gaz potrzebny na ugotowanie, to wychodzi zupełnie na to samo. Może ekonomiczniej wychodzi w przypadku gotowania dla większej ilości osób. W moim przypadku, zdecydowanie bardziej opłaca się iść i znaleźć szamę, niż cokolwiek ugotować. Pewnie ugotuję, jak zatęsknię za zwykłym makaronem z sosem pomidorowym, jak sojowy będzie mi już bokiem wychodził. Ziemniaka tu nie dostanę. Takiego zwykłego, są tylko słodkie. Ale z drugiej strony, swoje potrawy, mogę ugotować zawsze. Tego, co tutaj jedzą, już w Polsce nie zjem. Więc korzystać trzeba, póki się da.
Jeździłam tak sobie kontemplując miasto, aż w końcu znalazłam. Zdecydowanie przemówiła do mnie, miała nawet rysunki potraw, a ceny nawet niższe niż się spodziewałam. Wzięłam sobie ryż (dla odmiany) i opiekane krewetki z warzywami. Tak jak normalnie nie przepadam za owocami morza, krewetkami również, tak tu jestem w stanie je zdzierżyć, a w zasadzie nawet mi trochę smakują ;) Ale ośmiornicy w życiu nie zjem. No i napiszę, żebyście się już nie pytali. Jedząc, posługuję się już wyłącznie pałeczkami. Jadam w miejscach, gdzie sztućców nie dają, bo turyści tam często nie zaglądają, a zbyt głupio byłoby mi wyciągać w takim właśnie miejscu sztućca z torebki, jak ten burak taki, więc już się nauczyłam po ichniemu i nie sprawia mi to bólu. Powiem więcej. Jest to zdecydowanie przyjemniejsze niż np. jedzenie plastikowym widelcem, którego końce się obłamują po wetknięciu w sajgonkę. Nie wiem, czy nie zmieni to przypadkiem mojego światopoglądu do tego stopnia, że jak wrócę, to nie zacznę nosić do ulubionego Chinola na Noakowskiego pałeczek w torebce…
Dobra, wróćmy do zwiedzania. Do świątyni Kasuga Taisha pojadę sobie od tyłu. O tędy, na przykład, ta dróżka wygląda zachęcająco. Oczywiście wylądowałam na cmentarzu, znów przeuroczym. Po drodze mijałam malutkie sympatyczne świątynki, z pojedynczymi ludźmi. Tego właśnie mi było trzeba. Teraz można poczuć klimat. Wsłuchać się w las i bicie dzwonów. Dotarłam tak oto do świątyni, a im bliżej, tym większy tłum. Ta świątynia znana jest między innymi z wyroczni, której można się poradzić, a właściwie sobie powróżyć. Rozmawiałam z osobą, która to uczyniła. Ponoć nie wolno mówić, co zostało wywróżone, bo to przynosi pecha. Ale byłam ciekawa, jakiego typu to są wróżby. Dowiedziałam się od innej osoby, że jedna z bardziej pozytywnych wróżby to coś w stylu, że coś dostaniesz, ale nic ci to nie da, bo stracisz coś innego, czyli na przykład wygrasz dużo kasy, ale osoba na którą czekasz nigdy nie przyjdzie… Faktycznie, bardzo to pozytywne. Ale wiecie co? Jak się Wam taka wróżba przypadkiem nie spodoba i nie chcecie, by się spełniła, to znaleźli skubańcy na to sposób. Karteczkę z wróżbą przywiązujemy w takiej sytuacji do specjalnego drzewa. I po kłopocie. Teraz możemy być spokojni, wróżba się nie ziści. Sprytne, co nie?
| Mój rowerek |
Jadąc sobie tak w kierunku rzadziej uczęszczanej części parku, tak bez patrzenia w mapę, po prostu, skręcając gdzie mi się podoba, natknęłam się na początek ścieżki, pnącej stromo pod górę, która wybitnie i wyraźnie mówiła do mnie „pójdź mną”. Mam takie coś. A jak jestem sama mogę sobie pozwolić na takie małe przyjemności. I tym razem nie mogłam się powstrzymać. Zostawiłam rower i poszłam w górę. Rzut oka na mapę, gdzie też ja mogę być i co to może być za ścieżka. Tam jest słońce, ma się ku zachodowi, tu jest góra jedna taka, tam jest druga, tu jest rzeka, tu jest jar, całkiem niezły zresztą, a świątynia była gdzieś tam… Hmm, czyżbym wchodziła na Mt. Wakakusayama? Ale czad… Im wyżej, tym bardziej ścieżka mówiła „pójdź mną”, choć nie do końca byłam tego pewna czy powinnam. Do zachodu słońca została godzina, może półtorej. Dobra, pójdę, ale za max godzinę robię odwrót. Coraz wyżej. Nagle słońce zaczyna przebijać się przez zachmurzone dotychczas non stop niebo i pomarańczowe promienie padają między drzewa. Ale czad. A ścieżka pięknie wije się taką serpentynką, a jary jakie tu piękne mają! Nic, tylko kursantów w nie wpuścić. O, idzie człowiek, starszy, z kijkami, z przeciwnej strony, spytam go gdzie jesteśmy. Pokazałam mu mapę. Pomyślał, pomyślał i wskazał mi miejsce. Nie zgadzało się z moją teorią kompletnie. Ale jego wskazanie też mi nie pasowało. E tam, może się nie zna. Nie ważne, idę dalej, najwyżej zawrócę. Po kolejnych paru zakrętach, kolejny człowiek. Znów podetknęłam mu mapę, a on pokazał jeszcze co innego, też równie absurdalnego w moim odczuciu. E tam, może się nie zna. Nie ważne, idę dalej, przecież tu mi się wszystko zgadza, tu zaraz po prawej taki jar będzie… O jest. No to na oko, powinnam być na górze o 16-tej, max. 16.15. Nie, no bez przesady, o 16-tej, idę bez plecaka, dość szybko. O 16:30 szarzeje, do 17-tej jeszcze coś widać. Ok., zdążę przed zmrokiem, bez obaw. Wciąż wyżej. I kolejny człowiek, ale już nie pytałam się go gdzie jesteśmy. On tylko się uśmiechnął. To było tak niesamowite, być tak blisko tych tłumów turystów, a jednocześnie tak daleko. Przecież świątynia jest u podnóża. A jak wejdę na górę, to będę miała widok. Rany, co za kretyn ten przewodnik pisał, słowa nie ma o tej górze. A tu tak pięknie… Godz. 15:55. Usłyszałam silnik samochodu. Po chwili wyszłam z krzaków i ścieżki na parking. Wiedziałam, wiedziałam! Wszystko się zgadza, tędy przechodzi asfaltówa, mocno naokoło i od północnej strony wchodzi do miasta. A przy okazji można samochodem wjechać prawie na szczyt. Z parkingu trzeba było przejść jeszcze 300m. Przebiegłam je, gnana ciekawością. I na szczycie znieruchomiałam. Było cudnie. Słońce delikatnie przebijało się zza zasnutego chmurami nieba, zmierzając ku zachodowi nadawało niebu różową barwę. Na szczycie nawet nie było dużo ludzi, zresztą zmieniłam kategorie pojmowania dużej ilości ludzi. Była ich zaledwie garstka. Prawie w ogóle. Więcej niż ludzi było zaś danieli. Cała polana. Pasły się spokojnie i przechadzały dostojnie w tym różowym blasku. A w dole widać miasto, zasnute nieco mgłą. I niemal słyszałam z dołu dzwony świątyni, albo to tylko wyobraźnia tak podziałała, że je słyszałam. Jak można było nie napisać o tym w przewodniku, przecież tu jest tak niesamowicie!! Mój zachwyt był tak duży, że przez zaskoczenie dałam się sfotografować z danielem, bo oczywiście zaraz Japończycy rzucili mi się na pomoc, widząc samotną sierotkę, która robi zdjęcia wszystkiemu na około, ale nie ma kto zrobić zdjęcia jej. Dumna z siebie i szczęśliwa zeszłam na dół. Gdy doszłam do miejsca, w którym zostawiłam rower, właśnie się ściemniło. Ma się to wyczucie.
Niemalże do samego hostelu było z górki. Nie zwróciłam na to wcześniej uwagi, może dlatego, że do parku jechałam trochę na około. Teraz było to cholernie przyjemne i znów pobłogosławiłam rower. Specjalnie dobry nie jest, ale koła się kręcą i siodełko ma. Szkoda tylko, że nie da się go podnieść, bo wyglądam nieco pokracznie, kiedy kolanami prawie dotykam brody przy pedałowaniu. Ale kto by się tym przejmował. Jest cudnie.
Po drodze wstąpiłam do spożywczego po coś na kolację, jakieś ciacha i coś do picia. Byłam ciekawa, co za ludzi poznam dziś w hostelu. Wczoraj było takie świetne towarzystwo.
A dziś okazało się, że byłam jedynym gościem. Była jeszcze jedna rezerwacja, co prawda, ale się nikt nie zjawiał. Niech żałuje, nie wie co stracił. Niemniej bardzo miło się gawędziło z Kosuke, pijąc normalną czarną herbatę i słuchając muzyki fortepianowej. Hostel otworzył dopiero 3 miesiące temu, więc dopiero się rozkręca. Miał już dosyć pracy w korporacji z nadętymi ludźmi i stresogennej atmosfery. Chciał odpocząć, a jednocześnie mieć do czynienia z osobami innego pokroju, ciekawymi świata. Nie stać go było na razie na założenie większego hostelu, więc zaczyna od takiego, ale taki też ma swój urok, bo można się poczuć jak w zwykłym domu i zwyczajnie zintegrować. Wystarczy zapewnić duży stół w ciepłej kuchni i przyjazną atmosferę. Znamy to skądś, prawda? ;) Zna też jedną dziewczynę z Polski, świetnie mówi po japońsku. Ania? Tak, Ania, ma narzeczonego Japończyka. No właśnie, jaki mały ten świat. Poznał ją w Narze, ale wtedy nie prowadził jeszcze hostelu. Dobrze, pozdrowię ją, pewnie spotkam ją jeszcze w Tsukubie przy jakiejś okazji.
Następnego dnia rano Kouske przyszedł po klucz, a że stacja była tuż naprzeciwko, to odprowadził mnie jeszcze, wytłumaczył jak jechać, bo muszę najpierw tą prywatną linią, a potem się przesiąść w JR, ale da się kupić wspólny bilet na całą trasę, pomógł mi go kupić. Do zobaczenia, pewnie jeszcze tu wrócę, bo jak Marek, mój narzeczony, przyjedzie do Japonii, to koniecznie zabiorę go do Nary.
Aga, kurde, ośmiornice są najlepsze z "owoców morza". Ja to generalnie lubię wodne żarcie, jakieś kalmary, krewetki, tylko ślimaka obślizgłego do ust nie wezmę. No i małże to mi jakoś mułem śmierdzą, niespecjalnie smaczne. Ale ośmiorniczka jest coś tak pomiędzy kurczakiem a rybą, rewelacja. Chyba że się trafi na mniejszy gatunek - to jest inna w smaku i konsystencji, taka elastyczna, sprężynująca jak grzybki. Dobre. Naprawdę.
OdpowiedzUsuńCieszę się że już Ci dobrze w pałeczki. Też je lubię.
A ja to jadłam ślimaka... w lesie, upieczonego w garze nad ogniskiem, polecam :)
OdpowiedzUsuńAga, a przez Twoje opisy z Japonii nie mogę nigdy zacząć normalnie pracować. Chyba trzeba się gdzieś bujnąć na drugi koniec świata, ile można tylko o innych czytać? :)
Asia