niedziela, 21 listopada 2010

Socjo-logicznie...

    Dawno już nie byłam na imprezie, kończyła się pójściem spać o 10-tej rano dnia następnego… Jest w ogóle sens kłaść się spać? Takie piękne słońce świeci, śliczna pogoda, kolorowe liście, zobaczyłabym coś, zwiedziła może, poznała kolejne zaułki Tsukuby? Szkoda dnia na ten sen… Po co on nam w ogóle. No dobra, może chociaż ze dwie godziny, przydałoby się nieco wytrzeźwieć, żeby rower łatwiej było prowadzić.

   O faktycznie, teraz jedzie się trochę lepiej, kierownica się jakoś mniej wykręca i równowagę się jakoś lepiej trzyma… Szkoda tylko, że zaraz się ściemni. No ale cóż poradzić. Coś za coś. Innego sposobu na poznanie ludzi i zaznajomienie się z tym, co w Tsukubie się dzieje, to tu za bardzo nie ma. Lokalnej gazety nie przeczytam przecież. Z przewodnika się nie dowiem. Internet już przekopywałam, też za dużo się nie znalazło. Bezpośrednia rozmowa z mieszkańcem to jednak najlepsze źródło jakichkolwiek informacji.

   No więc trochę o ludziach. Wspominałam, że głównie mieszkają tu naukowcy. Gdyby wylądował tu jakiś socjolog z zacięciem, na pewno by się nie nudził, bo obserwacja tak specyficznej społeczności na pewno dostarczyła by mu sporych wrażeń i niezłego materiału na jakąś obszerną pracę. Ja socjologiem to nie jestem, a tym bardziej socjologiem z zacięciem, ale parę rzeczy, które już zdążyłam tutaj zaobserwować, to mnie tknęło i muszę Wam opisać.
   Społeczność Tsukuby można bardzo łatwo zdefiniować i podzielić trojako. Pierwszy podział, najbardziej oczywisty, to Japończycy i zagraniczni, których nie jest tu wcale mało, tak na oko wydaje mi się, że może nawet kilkanaście procent. Drugi, równie mocno narzucający się podział, to naukowcy lub studenci (w skrócie naukowcy) i pozostali, ciężko mi szacować w jakim stosunku, ale na pewno odsetek tych pierwszych jest znacznie wyższy niż w jakichkolwiek innych japońskich miastach. Trzeci podział zaś, to mieszkańcy mieszkańcy i mieszkańcy tymczasowi, przy czym, co ciekawe, za granicę tymczasowości uznaje się rok z hakiem. Jeśli ktoś siedzi tu dłużej niż rok, mniema się, że jest mieszkańcem. Odsetek mieszkańców tymczasowych jest również spory w porównaniu z innymi społecznościami, z jakimi się do tej pory zetknęłam. Wszystkie te grupy się wzajemnie przenikają i kontaktują, poza mieszkańcami Japończykami nienaukowcami, którzy są zdecydowanie bardziej odizolowani ze względu na absolutną nieznajomość angielskiego, jednak nie są odizolowani zupełnie, bo oczywiście część zagranicznych nauczyła się mówić po japońsku. Jak łatwo się domyślić, ja się klasyfikuję do zagranicznych naukowców tymczasowych, których jest z kolei zdecydowanie mniej niż zagranicznych naukowców mieszkańców.
    I teraz w tak zdefiniowanej społeczności, można się bliżej przyjrzeć charakterom relacji pomiędzy ludźmi. Oczywiście mieszkańcy mieszkańcy są przyzwyczajeni do ciągłej roszady towarzyskiej w ich społeczności, ktoś wyjeżdża, ktoś przyjeżdża, a jak przyjeżdża to głównie z nastawieniem „maximum enjoy & experience”. Chętnie nawiązują zatem z nimi przelotne znajomości, warte tyle, co jeden miły wieczór, bo przecież nie ma sensu poznawać się z kimś lepiej, skoro i tak ten ktoś zaraz wyjedzie. A najlepiej to w ogóle uskutecznić jakiś niezobowiązujący romansik, bo to tak egzotycznie, tak z kimś z zagranicy, tak niemal anonimowo, bo przecież i tak, poza wioską, nikt się nie dowie. I tak oto obydwie strony doskonale się rozumieją i są szczęśliwe. Oczywiście chwilą. Nie zastanawiając się nad znaczeniem tej chwili. Bo przecież liczy się tu i teraz. A co będzie potem, to potem, pożyjemy, zobaczymy.
   A co jeśli ktoś z tymczasowych odstaje od reguły, prezentuje odmienne podejście, zastanawia się nad znaczeniem tej chwili? Jest postrzegany jako dziwak, więc zamyka się w swoich czterech ścianach, kontemplując samotność, woląc ją od tych mierżąco przelotnych znajomości. I choćby taki człowiek chciał poczuć, że nie jest sam tutaj, w swoim myśleniu i postrzeganiu tsukubańskiego świata, to nie ma jak i gdzie poznać mu podobnych. No, chyba, że kompletnie przypadkiem…
   Jeśli przyjrzymy się bliżej grupie mieszkańców naukowców, zauważymy dwa główne podejścia do życia. Pierwsze – praca, praca, praca, sen, praca, lunch, praca, praca, praca. Drugie – praca, praca, impreza, praca, impreza, praca, impreza, impreza, impreza. Dwie skrajności. I w tym przypadku rozkład Gaussa nie działa. Bo ludzi z tak zwanego złotego środka jest tu jak na lekarstwo.
    Nie zdziwi Was zatem, jeśli przyznam, że ciężko jest mi się tu, w tej społeczności, odnaleźć… Że irytuje mnie, kiedy za każdym razem rozmawiając z kimś nowym pierwsze pytanie jakie słyszę, zaraz po „jak masz na imię i skąd jesteś”, to „jak długo tu zostajesz”. Że na jakieś bardziej wartościowe przyjaźnie chyba nie mam tu co liczyć…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz