Tak jak podejrzewałam. Budzik może i sobie dzwonił, nie wiem, bo go nie słyszałam. Możliwe też, że źle go nastawiłam, w końcu to japoński, no ale już może przez przesady, aż taką blondynką na jaką wyglądam, nie jestem. Bardziej prawdopodobne, że jednak go nie usłyszałam. Pożałowałam, że jednak nie wzięłam z Polski swojego telefonu, choćby miał robić tylko za budzik. Swój przynajmniej od czasu do czasu faktycznie usłyszę.
No nic. W każdym razie budzę się i z przerażeniem odkrywam, że jest 8:50. Z Profesorem byłam umówiona na 9-tą. Japończycy nie wiedzą, co to znaczy się spóźnić. Bo jak się umawiają, to się umawiają. I już. Sprężu dostałam jeszcze większego niż na zimówce, gdy miałam prowadzenie i musieliśmy rano zdążyć na autobus. Zjawiłam się w Instytucie w gabinecie Profesora o 9:03. Nie wiem czy te 3 minuty spóźnienia były wybaczalne czy nie, biorąc pod uwagę fakt, że przecież wczoraj przyjechałam, niemniej Profesor nie był miły. W zasadzie niemiły też nie był. Był taki kompletnie obojętny i zimny. Albo nie wiedział, co ma ze mną zrobić. Bo liczyłam na to, że dowiem się, jak co tutaj funkcjonuje, tymczasem porozmawialiśmy chwilę i tyle. Mam sobie iść zainstalować się na biurku. Internetu dla siebie mieć nie będę, mogę korzystać jedynie z takiego jednego komputera z netem, nie zrozumiałam dlaczego, bo są jakieś problemy, może w grudniu będę miała bezpośredni dostęp do swojego laptopa. Może to i lepiej, bo nie będę za długo siedzieć na FB. Chociaż i tak w godzinach kiedy ja pracuję, to Wy śpicie, więc na FB i tak nic się nie dzieje. Usłyszałam parę pytań, na które Profesor i tak znał odpowiedź, ale może chciał jeszcze raz ją poznać. Dostałam Research Lab Notebook, bez żadnych wyjaśnień jak go używać. Wygląda cholernie profesjonalnie. Każdy w NIMSie taki ma. Znaczy instrukcja obsługi jest dołączona, ale to bardziej takie zasady w stylu pisz po angielsku lub japońsku, czarnym lub niebieskim długopisem, czerwony jest również dopuszczalny, nie wyrywaj kartek, nie zostawiaj wolnego miejsca, a jak coś kreślisz, to cienką kreską i data z parafką pod tym itd, itp. O praktyczne zastosowanie mam spytać researcherów. Fajnie, chętnie spytam, tylko na razie żadnego researchera z tej grupy mi nie przedstawili, a samych chichoczących studentów. Nawet nie wiem gdzie oni siedzą, bo sama bym se poszła i ich poznała i dowiedziała się o wszystkich zasadach rządzących NIMSem, bo coś niecoś w Polsce słyszałam, że jakieś zapisy na sprzęt, że jak mikroskop to co najmniej 2 tygodnie wcześniej muszę zgłosić, że coś…
Zła wróciłam do siebie po laptopa i śniadanie. Krótki spacer w słońcu i wśród kolorowych liści dobrze mi zrobił, bo wróciłam do Instytutu już nieco złagodniała. Zainstalowałam się na biurku i z braku lepszych pomysłów zaczęłam dopieszczać artykuł i prezentację na konferencję w Osace, na którą jadę za tydzień.
Koło południa zauważyłam wzmożony ruch i migrację ludzi z pokojów. No tak, pewnie idą na lunch. O tym słyszałam. Ale nie żeby tutaj mi ktoś mówił gdzie i co. Nie żeby ktoś przyszedł po mnie i choćby na stołówkę zaprowadził. No i gdzie ta cała japońska uprzejmość i życzliwość? Gdzie ci cali uprzejmi i towarzyscy researcherzy? Przecież wiedzą, że przyjechałam, to nawet przywitać się nie chcą? Poczekałam do pierwszej, skończyłam artykuł, po czym się poddałam i stwierdziłam, że mam ich gdzieś. Sama se poradzę. O! Pokręciłam się trochę po budynku i stołówkę znalazłam, głównie kierując się na węch. Rzut oka na jadalnię… i sami Japończycy (Japończyków od Chińczyków i Wietnamczyków jeszcze do końca nie rozróżniam), ale… jest! Przy jednym stole siedziała jakaś blondyna, a do tego sama. Nie ma bata, to musi być Słowianka!
Pomylić się nie mogłam, bo skąd indziej mogą się tu wziąć blondynki. Barbara, jak się okazało, Węgierka, wytłumaczyła mi ochoczo jak na tej stołówce działa zdobywanie posiłku i już po chwili mogłam zjeść w jakimś miłym towarzystwie. Ona już jest mocno ogarnięta, bo półtora roku tu siedzi i też mieszka w Ninomiya House. Nie krępowałam się z zadawaniem głupich pytań. Jak tu poznać ludzi? To łatwe, chodź ze mną wieczorem na imprezę. Tu jest jedna knajpa, do której idzie się w piątek wieczorem, Hot Stuff, więc jak chcesz, to możemy iść razem. O której? No najwcześniej 22-ga, mało kto przychodzi wcześniej. Dobra, to widzimy się o 22-giej pod recepcją.
Zdziwiła mnie trochę, że chce na imprezę jechać rowerem. Mówi, że iść z buta nie ma sensu, bo to długo, a rowerem tylko 10min. A jak wrócisz? No rowerem, trzeba tylko uważać, by się za bardzo nie upić, bo tu są strasznie głębokie rowy po bokach ulicy i łatwo w nie wpaść, jak jedziesz zygzakiem. Już chyba każdy z Ninomiya je zaliczył, hehe.
Już przed wejściem, jak parkowałyśmy rowery, wypatrzył nas z baru Barbary znajomy Szkot Jon i razem ze swoim kumplem, drugim Szkotem, którego imienia nie pamiętam, wylecieli na zewnątrz. Nie dali nam wejść do środka, tylko najpierw zabrali do baru obok, na whisky. Muszę przyznać, że było to bardzo sympatyczne miejsce na chillout. Jon to naukowiec, jak większość ludzi tutaj, a jego kumpel przyjechał w odwiedziny, bo akurat był niedaleko na planie filmowym. Nie skumałam do końca co robi przy tych filmach, jakimś technicznym generalnie jest no i filmoznawcą szalonym i ogromnym, więc ciężko o czymkolwiek innym było rozmawiać. No zawsze jeszcze była Szkocja, też niezły temat, bo akurat Szkocję bardzo pozytywnie wspominam i chętnie tam kiedyś wrócę na rowerze.
Wróciliśmy do Hot Stuffu. Zrozumiałam już, dlaczego Jon wybiegł z baru widząc Barbarę i zabrał nas gdzie indziej, chcąc z nią porozmawiać. Barbarę znają tu absolutnie wszyscy. Aplauz jaki dostała na wejście był naprawdę imponujący. Zdążyła jeszcze tylko zakrzyknąć wszystkim, pokazując mnie, że jestem Agnieszka i szepnąć mi, że muszę tu wypić Mumbo Jumbo i przepadła w towarzyskim wirze. Dzięki temu, ludzie też bardzo ochoczo się ze mną witali. Co więcej, wywołałam spory entuzjazm i tak zwany respect na wieść, że jestem tu w Tsukubie drugi dzień i już znam Barbarę, wylądowałam w Hot Stuffie i piję Mumbo Jumbo. Okazało się, że drink ów jest tu po prostu sławny. Sławny z tego, że jest najmocniejszy. Japończycy często mają po nim zgona, choć generalnie są na alkohol w miarę wytrzymali. Europejczycy go uwielbiają, choć ci z zachodniej części to już mają zgona po połowie. Nie wiem za bardzo z czego się składał, pewnie możecie wygooglać, ja wolę się na razie nie uświadamiać. Smakował naprawdę nieźle, ale jak patrzyłam na panią barmankę jak go przygotowywała to straciłam w pewnym momencie rachubę ile różnych rzeczy ona do niego wlewa. No dobra, będę piła powoli. Wystarczy pamiętać, że to nie soczek.
Zostałam zgarnięta do stolika przez Czechów - Miłosza i Jana. Reszty imion ludzi poznanych tamtego wieczora oczywiście nie pamiętam. Nie pamiętałam ich nawet parę minut później, oczywiście, bo wiadomo, za dużo na raz. Pamiętam, że Mumbo Jumbo naprawdę był dobry. Pamiętam, że było wesoło i dużo się śmiałam. I że przed 4-tą wracałam z Barbarą do Ninomiya i nie zaliczyłam lądowania w rowie. Co więcej, sama byłam w stanie wskazać, którędy jedziemy do domu (No dobra, droga nie była trudna, w prawo, w prawo, prosto i prosto, ale zawsze można było pojechać w dobrym kierunku, ale z przeciwnym zwrotem, nie? Albo nie zauważyć domu i jechać wciąż prosto i prosto…) I spało mi się cudownie, snem niczym nie zmąconym, do południa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz