sobota, 6 listopada 2010

Rower jest wielce okej

           Strasznie krótkie mają tu dni w tej Japonii. Ledwo zdążyłam wstać, fakt, nieco późno, bo po imprezie, ale szybko się wykąpać, piorunem ogarnąć i już słońce zaczęło się zniżać i na pomarańczowo oświetlać wszystko wokół. No ale jeszcze 3 godziny jasnego dnia miałam dla siebie. Wsiadłam na rower i pojechałam na miasto, co by je w końcu lepiej poznać, zobaczyć coś więcej niż Instytut, jeden spożywczy i jeden bar.
            Te rowery tutaj to świetna rzecz, absolutnie. Umilają życie w sposób nieopisany. Nie są może jakieś super w sensie sprzętowym, zwykłe takie, miejskie, z koszem na kierownicy i trzema przerzutkami. Absolutnie wszyscy takie mają. Do tego wszyscy srebrne. Parkuje się je wszędzie, bez większych ceregieli. Ot, po prostu, stawia na solidnej, topornej nóżce i taką małą blokadką, na stałe wmontowaną w rower, blokuje się koło, tylko by się kręcić nie mogło. Nie przypina się ich za ramę do żadnych prętów, latarni ani słupów. Każdy ma taki sam, więc po co miałby ktoś kraść? Więc po co w ogóle blokować to koło? A to łatwo zgadnąć. Bo kluczyki do blokad są już różne, więc odpada możliwość, że ktoś przez pomyłkę czy roztargnienie odjedzie nieswoim rowerem ;) Cudowne jest też to, że nie trzeba się z tym rowerem tarabanić po żadnych schodach, ani tłuc po windach. W Ninomiya House jest podziemny parking, rowerowy także, więc wystarczą 3 sekundy na odblokowanie roweru i można już na niego wsiąść i wyjechać na ulicę. Po prostu bajka. A do ruchu lewostronnego już się przyzwyczaiłam, nie stanowi on jakiegoś większego problemu. Czemu wszyscy z nich korzystają? To też proste. Nie ma tu jako takiej komunikacji miejskiej. A jakby każdy chciał się autem rozbijać, to byłyby takie korki, że strach pomyśleć. A poza tym to takie nieekologiczne…

            Nadziałam się po drodze na tą słynną małą stujenówę. I normalnie chyba zostanę fanką. Koniecznie jeszcze muszę odwiedzić tą dużą. Sklep ten mnie po prostu rozbroił. Jest tak mniej więcej wielkości Biedronki na Niemcewicza i WSZYSTKO jest w nim za 100Y (3,50 zł). Oczywiście wszystko made in China, ale niektóre rzeczy naprawdę bardzo fajne i ładne. Ot, choćby taka torba na zakupy. Pudełeczka i puzdereczka wszelkiej maści, naczynia czy inne przeróżne pierdoły. Kupiłam baterie to aparatu, bo jednak  przestałam wierzyć, że ta moja ładowarka naładuje te akumulatorki przy 110V. Opanowałam jednak swą próżność, konsumpcjonizm i chęć posiadania, bo po sklepach, to będę łazić, jak będzie deszcz padał, a teraz trzeba rozglądać się wokół. Pojechałam do jednego parku, zaraz i napatoczył się drugi. W ogóle odniosłam wrażenie, że w tym mieście są same parki.
            Ale ponoć Tsukuba nie jest normalnym japońskim miastem. Jest jednym z nielicznych miast kompletnie sztucznych i nowo zbudowanych w industrialnym stylu na konkretne potrzeby, w tym przypadku naukowe. Bo znajdują się tu trzy olbrzymie instytuty – nasz NIMS, JAXA i AIST, oraz wielki uniwerek. Oprócz tego i punktów usługowych nie ma nic więcej. Większość mieszkańców Tsukuby to naukowcy, a spory procent z nich to zagramaniczniacy. W każdym razie po Tsukubie jeździ się bardzo przyjemnie i życie tutaj wygląda na bardzo spokojne i uporządkowane. Nie czuć żadnej typowej wielkomiejskości, pośpiechu i nie widać takiego napięcia na twarzach ludzi, których na ulicach z kolei wcale nie jest jakoś przesadnie dużo. Taka naukowa wioska. Ma to swój urok i swoje walory, zdecydowanie.

            Przejażdżka wzmogła we mnie apetyt. Trzeba było znów wejść do spożywczaka i znaleźć w nim coś nadającego się do jedzenia, bo na samotne pójście do knajpy, czyli bez kogoś kto mi powie co zjeść, jeszcze się nie odważę. Przyznaję się bez bicia, że poszłam na łatwiznę. Głód doskwierał, nie wiem jeszcze jak gotować z japońskich produktów, więc wolałam poratować się gotowizną. Są w supermarketach takie świeżo przygotowywane dania, w plastikowych pojemniczkach, niemrożone, taka jakby garmażerka. Można sobie to tam kupić, w sklepie wstawić do mikrofali, a przed sklepem usiąść przy stoliczku i wszamać. Zastosowałam nieco mniej leniwy wariant, czyli wzięłam takie pudełeczko do domu, bo w końcu mam mikrofalę, nie? I już umiem ją obsłużyć. (Znalazłam nieźle skitraną angielską instrukcję). Wzięłam coś, co wyglądało niegroźnie. Jakiś ryż z jakimś czymś, przysypany jakimś czymś i jakimś czymś polany. Jedyne co budziło lęk, to takie fluorescencyjne różowe coś, ale nie było tego dużo i było tylko na wierzchu w kącie w jednym rogu. I nawet się tym najadłam, choć nie było to jakieś wyśmienite.

            Wczorajsza impreza zaowocowała kontaktem do Eweliny, Polki, z którą umówiłam się na wieczór. Pojechałyśmy, oczywiście na rowerach, do jej ulubionej knajpki. Okazuje się, że tutaj nikt nie ma oporu, by jeździć na rowerze po alkoholu. Myślałam, że to tylko taki wybryk imprezowej Barbary, ale Ewelina, bardzo umiarkowana imprezowiczka, potwierdziła, że naprawdę nikt nie zwraca na to uwagi i wszyscy tak robią. A jak się tak upiją, że nie potrafią wsiąść na rower, to po prostu go zostawiają i wtedy dopiero wracają na pieszo. Skoro tak… U nas, zdecydowanie nie odważyłabym się wrócić we wtorek z Czwartej do siebie na rowerze ;)
            Ewelina, też jest już ze wszystkim obeznana, bo mieszka tu ponad rok. Wszystko już prawie widziała, wszystko jej się strasznie podoba, jedzeniem jest zachwycona, wszystko już sama ugotuje, kulturą również jest oczarowana. I muszę przyznać, że nieco udało się jej zarazić mnie swoim entuzjazmem, bo pierwszy raz poczułam, że te moje 3 miesiące tu to miną piorunem i ledwo co posmakuję tą Japonię, już będę musiała wyjeżdżać. Tyle tu jest to zobaczenia, do nauczenia, do skosztowania, tyle do przeżycia…
            Nie żebym wszystko od razu zapamiętała, co muszę zobaczyć. Parę nazw już mi utkwiło w głowie. Parę pomysłów też już mam. Ale najpierw trzeba znaleźć ludzi, z którymi można będzie w weekendy się szlajać i zwiedzać. Ewelina się nie pisze, bo już to wszystko zna i mówiąc brutalnie, szkoda jej czasu. Ale dała mi kontakt do Żanety, też Polki, która też mieszka w Ninomiya House.

            Tego wieczora pierwszy raz jadłam coś, co było fantastyczne i zwalające z nóg, choć banalne. Zasmakowało mi przeogromnie! Pieczona dynia. Pyszności :) A do tego ta knajpka, faktycznie bardzo fajna i taka ciekawa. Pierwszy szok - zaraz po wejściu, trzeba zdjąć buty. Dalej już chodzi się w skarpetkach. Dobrze, że dziś ubrałam obydwie z tej samej pary ;) Stół w zasadzie jest jeden – taki olbrzymi, urządzony wokół baru z kuchnią, więc widać jak Japończycy przygotowują to jedzenie, które potem od razu serwują wychylając się zza szybki. Wygląda to przy tym wszystko bardzo estetycznie i uroczo. Przez chwilę naprawdę nie można było oderwać od nich oczu, bo nie dość, że musieli ogarniać kuchnię, to jeszcze wszyscy na trzy-cztery równiutko wykrzykiwali pozdrowienia w kierunku przychodzących i wychodzących gości, którzy kręcili się dosyć często. A do tego byli przesympatyczni i choć nie zawsze w stu procentach można było się z nimi dogadać (nasza kelnerka zamiar rachunku przyniosła nam kolejne piwo, bo pomyliła bill z beer) to i tak byli bardzo życzliwi. A tak swoją drogą, to japońskie piwo złe nie jest! O!

Pieczona dynia i inne pyszności :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz