Wylądowaliśmy. W Tokio padał deszcz. Ech, ta Jaworzyna. Mówiłam, żeby jej we wtorek nie śpiewać. W ogóle zimno jakoś było i tak niezbyt zachęcająco. Chciałam nawet zrobić zdjęcie, ale okazało się, że mam nienaładowane baterie w aparacie. No tak, blondynka… Można było się spodziewać, że jednak o czymś zapomnę.
Lotnisko Narita też było tak ogromne jak Frankfurt, bo dojście do wyjścia też zajęło niemal pół godziny, z szeregiem kontroli po drodze. Jeszcze chwila oczekiwania w napięciu na bagaż… Jest! Nawet cały, nawet się walizka nie rozleciała, jednak folia spożywcza i taśma klejąca to jest to! Bach na wózek i szukamy Airport Bus Shuttle do Tsukuby. Jest! O! Oooo… Smuteczek, autobus właśnie odjechał, następny za półtorej godziny. No nic, kupiłam bilet i wróciłam na halę.
Zapragnęłam czegoś do picia. Herbaty na przykład. Najtańsza czarna za 100Y – tylko w automacie, te w kawiarniach były za 300. Automat – robił wrażenie. No szkoda, że nie mogłam zrobić zdjęcia. Szafa wielkości meblościanki u moich rodziców w mieszkaniu. Cała w krzaczkach i guziczkach. Słowa nie ma w transkrypcji z alfabetem łacińskim. Obrazki na szczęście jakieś były. Ale do każdego obrazka napoju po 4 przyciski. Po dłuższym przyjrzeniu się wyszło, że podzielone w dwie sekcje. Podziałał automat na moją wyobraźnię niezwykle, zapragnęłam czegoś do picia jeszcze bardziej, obojętnie, byle z tego automatu. Instrukcja obsługi – w krzaczkach. Popróbowałam najpierw obsłużyć go po naszemu, tak intuicyjnie, ale nie bardzo działało, poświeciło się trochę, posyczało i wypluło mi tylko z powrotem pieniądze. Jeszcze bardziej zawzięłam się, żeby coś wypić. Wtedy podszedł do mnie Japończyk, który obserwował całe moje zmagania z automatem i zapragnął mi pomóc. Ale niestety nie mówił po angielsku. Efekt tego był taki, że dostałam PRAWIE co chciałam. Coś do picia – dużą zieloną classic bez cukru. Bleeee. Postanowiłam nauczyć się jak wygląda krzaczek oznaczający cukier.
Zanim przyjechał autobus, pouczyłam się trochę japońskich zwrotów grzecznościowych. Dostałam kolejną naklejkę na bagaż, który został przeniesiony przez obsługę autobusu do luku, poprosiłam kierowcę, żeby osobiście powiedział mi, kiedy mam wysiąść, bo Tsukuba nie była ostatnim przystankiem na tej trasie, usiadłam w fotelu i znów momentalnie zasnęłam.
Na przystanku Tsukuba Centrum czekał na mnie Profesor i jakaś jego japońska studentka, której imienia jeszcze nie pamiętam. Znaczy zapamiętałabym, gdybym je zrozumiała. Pojechaliśmy do Ninomiya House, w którym miałam załatwione zakwaterowanie, ale jako, że była pora lunchu, recepcja była nieczynna. Pojechaliśmy zatem do instytutu po jeszcze jakąś studentkę, której znów imienia na razie nie pamiętam i Profesor zabrał nas na lunch. Niestety nie na stołówkę instytutową, tylko do normalnego japońskiego baru. O zgrozo. Odstawiłam klasykę gatunku w postaci „kolejna europejska sierota, która nie umie jeść pałeczkami”. No naprawdę nie miałam ostatnio czasu, by jeszcze tego się nauczyć. Miałam nadzieję, że nauczę się tu, jakoś tak bezboleśnie, poproszę kogoś zaznajomionego, by wytłumaczył jak, a potem sobie sama poćwiczę w pokoju i będzie git. No ale cóż… Przynajmniej pośmiali się trochę, a śmiech to zdrowie, więc dzięki mnie będą zdrowsi, o! Jeszcze mi będą mogli podziękować, o! W każdym razie nie nauczyłam się jeszcze, bo stwierdzili, że mogę się nie krępować i zjeść rękoma. (Sztućców jak przystało na dobry japoński bar nie mieli). Nie powiem, żeby cokolwiek z tego co jadłam mi smakowało… Bo nawet ten ryż był taki dziwny posklejany i jakiś za słodki. No i teraz sedno… Zawsze miałam bogatą wyobraźnię, ale jednej rzeczy nie potrafiłam sobie wyobrazić – jak można zbudować imperium w państwie, w którym nawet zupę się je pałeczkami. Bo ryż, no dobra, taki posklejany, to faktycznie można, ale zupę?? Litości.
No i aż głupio było mi się wpatrywać jak cała trójka szamała tą zupę tymi pałeczkami, najchętniej to bym nakręciła filmik i obejrzała parę razy ze względów edukacyjnych. Całe szczęście udało mi się w odpowiednim momencie zdążyć podziękować za zupę. Ale nawet gdybym miała w torebce łyżkę, to i tak głupio byłoby mi ją wyjąć…
Zawieźli mnie potem znów do Ninomiya House, dziewczyny zostały ze mną, a Profesor wrócił, bo miał ważne spotkanie. Przebrnęłam przez wszystkie procedury, złożyłam trochę podpisów, parę papierków jeszcze muszę dostarczyć później, dostałam klucze. Ba! Nawet dostałam własną skrzynkę na listy i kod dostępu do niej ;) No i rowerek też udało mi się załatwić. Będę miała swój własny na całe trzy miesiące. Wrzuciłam szybko bagaże do pokoju, dziewczyny znów miały bekę, bo nie dość, że ciągle się gubiłam i szłam nie w tą stronę co trzeba, to jeszcze kluczem w drzwiach niezbyt płynnie potrafiłam operować, a potem poszłyśmy do Instytutu, który jest rzut beretem od Ninomiya House. I kolejna uciecha, bo ulica bez chodnika, a ja idę nie po tej stronie. Bardzo śmieszne. Wytłumaczyłam dziewczynom, że u nas jest ruch prawostronny. Jedna z nich na to: Oh my God, are you joking? No? You must be really strange… /cdn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz