poniedziałek, 15 listopada 2010

Osaka cz.1. (czyli Aj sink łi get sru zis)

    No i po krótkiej chwili spędzonej w pociągu, akurat wystarczającej by przeczytać parę stron na temat miasta w przewodniku, dojechałam na stację Fukushima. Nawiasem mówiąc, ten przewodnik jest naprawdę beznadziejny. Nazywa się „praktyczny”, ale nie jest praktyczny nawet w swojej formie – gruba ciasno sklejona cegła, nie mówiąc już o treści. Żeby upraktycznić chociaż jego formę, zwyczajnie po chamsku pocięłam go nożem na kilka mniejszych kawałków, mniej więcej rozdziałami, zawsze to lżej w torebce i wygodniej w użyciu. Ale wróćmy do tematu. Z jednej strony to dobrze, że wylądowałam na Fukushimie, a nie Osace Centralnej, ale z drugiej, źle. Ale to dopiero później okaże się, że źle. W tym momencie dla mnie było dobrze, bo stacja Fukushima była super, zwykła, mała bezproblemowa stacyjka. Coś jak Warszawa Ochota. A mój hostel był dwa kroki od niej. Znalazłam go od razu. I od razu polubiłam Fukushimę, bo miała swój urok. Spokojne boczne uliczki, takie, jakie lubię najbardziej. Wielkie wieżowce są tuż obok, w przylegającym do Fukushimy centrum jednym i drugim i kolejnym, całe miasto to centrum, ale tu prawie ich nie widać. Taka mała enklawa normalności.

    Recepcja była umieszczona przy wspólnej kuchni, więc jak się wchodziło do hostelu, od razu można było się natknąć na mieszkańców. Jak weszłam, przy stole siedział tylko jeden chłopak, śmieszny taki, długie jasne kręcone włosy, kolorowa bluza z kapturem, wyglądający na takiego typowego globtrotera, nawet symaptyczny. Rzuciłam tylko przelotne spojrzenie i uśmiech, ale poczułam na sobie spojrzenie nieco bardziej przenikliwe, kiedy wypełniałam formalności zakwaterowania. Jak wyglądałam? Normalnie. Pomarańczowe spodnie, kwiecista tunika, kurtka, plecak i szmaciana kolorowa torba. Włosy rozpuszczone, bo chciałam, żeby dobrze wyschły. No więc może łaskawie przestań się gapić, co? Nie lubię takiego typu spojrzeń, cholernie. Jednak zdecydowanie antypatyczny typ. Klucz mogłam dostać dopiero po południu, tak jak to standardowo, ale oczywiście plecak mogłam zostawić w przechowalni i z toalety skorzystać. Żelazko?? Tak, proszę. Chwila, moment i wizerunek, jak mniemam, typowego backpackera prysł, z łazienki wyszła jakaś nudna poważna osoba, rajstopki, szara spódniczka, koszulka z kołnierzykiem, marynarka, buciki na obcasie, teczuszka z laptopem, elegancka torebka, włosy ładnie uczesane w koka. Zdziwiona mina kolesia przy stole była niezła. Rzuciłam mu nieco złośliwe spojrzenie i pobiegłam na konferencję. Pobiegłam, to może zbyt dużo powiedziane, w butach na obcasie nie da się biegać, można co najwyżej dreptać. Jak ja tego nie znoszę, kto w ogóle wymyślił buty na obcasie??

    The Grand Tube, czyli takie Międzynarodowe Centrum Konferencyjne, było zaledwie 10min spacerem od hostelu, (w butach na obcasie 15min), na takiej małej wysepce. Wszystkie mapki tym razem dobrze podrukowałam, znalazłam się tam bez żadnego problemu. Zarejestrowałam się, dostałam identyfikatorek, materiały i mogłam zacząć się rozglądać wokół. Panorama miasta z przeszklonego Grand Tube była naprawdę ciekawa. Można było sobie usiąść wygodnie w fotelu na 12-tym piętrze i sączyć darmową kawkę z widokiem na nowoczesną, ziejącą futuryzmem Osakę. Cieszyłam się, że najpierw poznałam Fukushimę. Ale ta nowoczesność, co prawda to prawda, też robiła pewne wrażenie, nawet oszałamiające.  

Na 12-tym piętrze The Grand Tube

Osaka z 12-tego piętra The Grande Tube


The Grande Tube
   Pierwszy dzień konferencji był fatalnie zorganizowany programowo. W południe miała być dwugodzinna sesja posterowa i lunch jednocześnie. Lunch nie był darmowy, można było sobie na miejscu kupić taki lunch-box, dosyć drogi, niewyglądający zbyt apetycznie, albo ruszyć samemu w miasto. No i miałam zagwozdkę, czy ruszyć, czy zostać z dzieciakami z labu, które produkowały się przy swoich posterach. No dobra, pokażę im, na czym polega grupowa solidarność, zostanę z nimi i pójdziemy na lunch razem, po sesji. Ominie mnie co prawda zapowiadający się ciekawie wykład, ale niech będzie. Niech nie myślą, że ich nie lubię, czy coś. Dogadaliśmy się więc, że idziemy wszyscy razem na miasto coś zjeść o 14-tej, bo lunch-boxy są za drogie i nie mówią do nas „zjedz mnie”. Byłam co prawda dość wygłodniała i już o 13-tej zaczęło mi burczeć w brzuchu, ale ok.
Nudna ta sesja była jak cholera, a czas się wlókł niemiłosiernie. Paru Polaków spotkałam, pogadałam chwilę, ale jak to na konferencji, parę uprzejmości i tyle, bo to w końcu profesorowie byli. Mojego szefa niestety wszyscy oni kojarzyli, wszyscy o niego pytali i byli bardzo zawiedzeni, że go tu ze mną nie ma, a jednocześnie zaskoczeni, że samą mnie tak wysłał. Więc trzeba było opowiedzieć całą historię, że staż, że Tsukuba, że NIMS. A no to wspaniale, to życzymy powodzenia, wspaniałe doświadczenie, stretetete, proszę przekazać pozdrowienia panu Profesorowi.
Nie czuję się najlepiej w takiej sztywnej, napchanej konwenansami atmosferze. Czuję, czy nie czuję, to nie ma znaczenia, czy umiem się odnaleźć? Tego nie wiem. Pewnie na pewno jakąś gafę strzeliłam, ale może da się ją wybaczyć, może się Nick nie dowie.

   Za każdym razem jak jechałam windą, nadziewałam się w niej wzrokiem na młodego, azjatycko wyglądającego kolesia, ale na identyfikatorku miał Australię. Za czwartym razem zagaił rozmowę. Jak masz na imię? Skąd jesteś? O rany, przecież widzisz, napisane jest jak wół na plakietce. Agnes, from Poland. Aaa… A Ty? Aaaa. Miło Cię poznać. Nice to meet you, too. Oł je, w końcu parter.

   Mam czasami takie głupie wrażenie, że to ja jestem bardziej ogarnięta tutaj niż te dzieciaki. Chika ma w Osace dziadków, często tu przyjeżdża, ale nie wie za bardzo, gdzie tu iść coś zjeść. Ja mówię, że trzeba iść w pierwszą lepszą boczną uliczkę, ot, choćby w kierunku Fukushimy, po drodze mijałam dużo sympatycznie wyglądających miejsc. Spojrzeli na mnie dziwnie, pomruczeli coś po japońsku i spytali recepcjonistki, która gdzieś tam ich pokierowała. Ja miałam jednak wrażenie, że nie należy ona do gatunku Japonek, które jedzą w tanich knajpach… Poszliśmy w miejsce wskazane przez nią. Podczas drogi, słowa po angielsku z ich strony nie usłyszałam. Pytania, jak minął mi weekend. Wiedzieli, że jechałam do Kioto i Nara. Mogli chociaż spytać jak podróż. No dobra, sama ich spytałam, jak im minął weekend. Fine, thanks. Ale już nie było żadnego, nawet najprostszego „and how yours?”, dawaj po japońsku do siebie. No to dawaj, się wtrącam.
- Gdzie się w końcu zakwaterowaliście?
- W hotelu.
- Daleko stąd?
- Pół godziny drogi metrem.
- Nie było nic bliżej?
- Wszystko było bardzo drogie.
- To ile płacicie za nocleg?
- 5000Y.
Nic nie chciałam już mówić, że ja mam nocleg o połowę tańszy tuż pod nosem, bo pewnie by ich zamurowało. Cieszyłam się tylko, że mogłam załatwić sobie to sama. Później jednak, to zamurowało mnie, jak się okazało, że nie wiedzą, co to jest hostel i czym się różni od hotelu… I tak jak myślałam, lunch do tanich nie należał, wyszło na to samo, gdybym kupiła konferencyjny lunch-box. Ale nie narzekam, przynajmniej był lepszy. Mogłam sobie przynajmniej skosztować okonomiyaki w wersji Osaka (inne od wersji Kioto), mogłam sobie przynajmniej posłuchać nawijki po japońsku, poobserwować ściany, sufit i wystrój restauracji. Pooglądać rysunki w menu. Całkiem ładne były zresztą. I mogłam też przynajmniej im zaimponować, bo teraz zjadłam pięknie wszystko pałeczkami praktycznie w takim samym czasie jak oni, bo od ostatniego razu już zdążyłam się wyszkolić. Więc tym razem nie mieli już ze mnie uciechy. Szkoda tylko, że ja też jej nie miałam.

   Kierowana uprzejmością, ale jednocześnie ciekawością wybrałam się na parę prezentacji Japończyków, przy których figurowało nazwisko mojego tutejszego szefa jako współautora. Trochę tych prezentacji było, bo ten mój szef to tutaj znany naukowiec i z wieloma uczelniami i instytutami współpracuje, więc wszędzie go dopisują. Myślałam sobie, pójdę, dowiem się, jaki poziom mają te wystąpienia, a przy okazji czym się ci ludzie tak naprawdę zajmują. Po pierwszej prezentacji byłam trochę zawiedziona. Po drugiej zrobiło mi się słabo. Po trzeciej byłam już zażenowana. Po czwartej wymiękłam. I to już nawet nie chodziło o sposób mówienia po angielsku, bo do ich wymowy już się trochę przyzwyczaiłam, więc już naprawdę mnie nie rusza, gdy ktoś powie na przykład „Aj sink łi get sru zis”. Chodziło o kompletny brak umiejętności wypowiedzenia się w tym języku. Wykuli prezentację, wydukali z największym bólem, ale na pytania to już żadne nie umieli odpowiedzieć. Ja tam oczywiście pytań nie miałam, bo praktycznie nic nie rozumiałam z tego co przedstawiali, ale byli tacy, co piąte przez dziesiąte rozumieli i starali się jeszcze jakiś fragment wykumać. Obiecałam sobie, że jutro idę już tylko na prezentacje Amerykańców i Australijczyków. Żadnych skośnych. Ewentualnie Europejczyków. Ale absolutnie żadnych skośnych, szkoda czasu. Nie mam pojęcia po co tacy na konferencję przyjeżdżają, jeśli nie umieją się wypowiedzieć. Byłam tym naprawdę zszokowana. I choć Marek mnie ostrzegał, żeby się zbyt wiele po wystąpieniach Azjatów nie spodziewała, to jednak miałam nadzieję, że chociaż dowiem się czegoś ciekawego.

   Ech, wróciłam do hostelu trochę poddenerwowana. Wzięłam klucz i przeniosłam rzeczy do pokoju. Było jeszcze kilka wolnych łóżek, zajęłam sobie to przy oknie, na górze. Pozostałych mieszkańców na razie nie było. Zeszłam do kuchni zrobić sobie herbatę. No i był tam już z powrotem ten denerwujący koleś z rana. Wiedziałam.
- Jak masz na imię?
- Agnes.
- Miło cię poznać, ja jestem Tom. Agnes, słuchaj, nie obrazisz się, jak sobie pierdnę? – zarzucił z australijskim akcentem, zbijając mnie kompletnie z pantałyku. Nie, no raczej się nie przesłyszałam.
- Pierdź do woli. Uważaj tylko, by ci się spodnie nie popruły – odparłam, serwując pełne jadu spojrzenie. W sumie sama nie wiem, skąd ta agresja we mnie się zrodziła. Jakaś taka byłam ogólnie zdenerwowana. Roześmiał się.
- Agnes, to był tylko taki żarcik, chciałem wiedzieć z jakiego typu osobą rozmawiam.
- Świetnie. Wiesz już? Bo ja już wiem, że rozmawiam z czubkiem.
- Agnes, co ty taka zdenerwowana? Może chcesz iść na piwo? Zrelaksujesz się trochę.
Jeszcze czego. Na piwo to w sumie bym i poszła, ale raczej nie z takim palantem. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, dodał jeszcze:
- A zapomniałem zapytać skąd ty właściwie jesteś.
- Z Polski.
I wiecie co? Nie zgadniecie. Od tej pory przeszliśmy na język polski…
I jak już później trochę złagodniałam, dałam się na to piwo zaprosić. Palant, czy nie, dobrze przynajmniej z kimś w końcu swobodnie w normalnym języku pogadać. W Australii siedział dopiero dwa lata, więc jego polski nie był jeszcze obarczony jakąś specjalną manierą akcentową. Przyjechał do Japonii ot tak, pozwiedzać, bo tani lot z Melbourne znalazł. A ogólnie to był z Gdańska. Jaki ten świat mały…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz