W pracy zdecydowanie mam co robić. Więc kolejne dni zleciały piorunem, nawet nie zdążyłam zauważyć, kiedy zrobił się piątek. A w tak zwanym międzyczasie rozszerzałam krąg znajomości we wsi, co zaowocowało kolejną ciekawą informacją. Jest taki bar, na północy Tsukuby, w którym raz w miesiącu spotykają się ludzie, którzy lubią grać na gitarze i śpiewać, a właściciel – Shein organizuje tzw. Open Mic, do tego po angielsku. I listopadowy Open Mic będzie właśnie dzisiaj. Start, standardowo, jak wszystkie japońskie imprezy, o 23-ciej. No więc nie ma opcji, trzeba się tam wybrać. Nie znalazłam niestety entuzjastów z Ninomiya, bo to dla nich za daleko, to aż 8km trzeba jechać, Hot Staff jest bliżej, więc wszyscy idą tam. Nie chcą, to nie, pojadę sama. Ale na kolację z nimi mogę się wybrać, nie ma problemu. Właśnie Zdeniek zadzwonił, że montuje się ekipa na sushi. No ja właśnie wróciłam z pracy. No reszta też. To za 15 min spotykamy się na parkingu. Świetnie. Dowiem się przy okazji, gdzie w Tsukubie jest najlepiej na nie chodzić, bo tam mnie jeszcze nie było.
Strasznie lubię to wieczorne pedałowanie całą zgrają po chodniku lub ścieżce, jest przezabawne. I teraz też, 8-mioosobowa banda popedałowała jakieś 3 km na północny zachód do najbardziej znanego i największego tutaj sushi baru. Przed wejściem czekała już kolejka oczekujących na wolny stolik, według schematu obowiązującego u nas na pocztach i urzędach, czyli wciskasz guzik i drukuje się karteczka z numerem, który potem wyświetla się przy opuszczanym stoliku. Przed nami oczekiwały tylko 3 grupy, więc poszło dosyć sprawnie. Dostaliśmy stolik nr 56, a wątpię, że był to najwyższy numer. Stolików było na oko znacznie więcej. Kelnerzy pogubiliby się chyba w takiej ilości klientów, więc patent z elektronicznym zamawianiem przez ekran dotykowy i przesuwającą się taśmą między stołami jest w tym przypadku rewelacyjny. Obsługa panelu była oczywiście tylko w krzaczkach, ale chłopaki już nie pierwszy raz tu byli i doskonale wiedzieli co i jak przyciskać. Nawet i ja się nauczyłam. A sushi było naprawdę niezłe, a do tego dosyć tanie. No i znów zapomniałam popstrykać foty, obiecuję, że następnym razem będę pamiętać ;)
No więc wiedziona ciekawością popedałowałam sama na daleką tsukubiańską północ, gdy udało mi się już zlokalizować bar na mapie. Zrozumiałam też, że istnieje w Tsukubie czwarty podział społeczności, na tych z północy i tych z południa. Na północy jest Uniwersytet, a na południu Instytuty, więc przekrój społeczeństwa tu i tam jest dokładnie taki sam, ale kontakt ciut bardziej ograniczony, bo się ludziom tyle pedałować zwykle nie chce. No i trzeba się bardziej pilnować z alkoholem na imprezach, bo do domu daleko. Nie lubię sama chodzić do baru, tym bardziej nowego i tym bardziej, gdy nie wiem, czy ktoś znajomy tam będzie, zresztą nie mam tych znajomych jeszcze aż tak dużo, w końcu dopiero dwa tygodnie na wiosce jestem. No ale w tym przypadku, nie mogłam sobie pozwolić, żeby taka okazja mnie ominęła, więc trzeba było tą nieśmiałość jakoś przemóc.
Pamiętacie Japończyka, który zaoferował mi rower, kiedy szłam na stację na autobus do Kioto? Ja generalnie ich niezbyt rozróżniam, wszyscy żółci są prawie tacy sami, choć niektóre twarze już są bardziej znajome, a ta akurat się nieco bardziej wyróżniała od tradycyjnej japońskiej twarzy i wyjątkowo ją zapamiętałam. No i tu go właśnie spotkałam, z tą dziewczyną, dla której holował ten rower. Rozpoznał mnie i rozradowany przedstawił swojej dziewczynie, Kate. Jednak ta wioska jest mała… To między innymi oni szykowali się do występu, on gra na gitarze, ona śpiewa, a ich kumpel Nigeryjczyk akompaniuje na kochonie. Ludzi przybywało, bar był niewielki, więc trudno było o jakąkolwiek anonimowość, a właściciel stojący za ladą zna wszystkich stałych gości, więc jak widzi kogoś nowego, to od razu chce się zapoznać i proponuje tradycyjnego firmowego drinka na koszt baru dla tych, którzy są tu po raz pierwszy. Tak i też było w moim przypadku. Jestem z Polski? A, no to przecież zaraz tutaj pojawi się Ania, znam Anię? Tą, co hymn śpiewała? Tak, tą. No proszę, nie powiedziała mi nic o tej imprezie, dowiedziałam się z innego źródła. A mówiłam jej, że lubię gitarę… Ale to jej ostatnia noc w Tsukubie, jutro wraca do kraju, pewnie miała sporo na głowie, pakowanie i tak dalej. Ale zanim pojawiła się Ania, pojawił się… doktor Nicolas z Argentyny, jedyny jakiego poznałam, zagraniczny współpracownik w naszej grupie badawczej w NIMSie. Jego pobyt już też na końcówce, za 2 tygodnie kończy mu się kontrakt. Do tej pory głównie jego męczyłam wszelkimi pytaniami dotyczącymi pracy w labie, bo najlepiej mogłam się z nim dogadać. Zdziwił się na mój widok nieco, ja nie mniej. On też miał zamiar pośpiewać, do spółki z takim jednym Niemcem z Ninomiya House, co to na gitarze gra. Nie znam go jeszcze? No to już, poznajcie się. To jest Matthias, a to Agnes, Twoja sąsiadka. No i powiedzcie mi, że nie wylądowałam na wiosce ;)
Oczywiście impreza była super. Brakowało tylko afteru, odstawienia mikrofonów i pieca na bok, wypięcia kabli z gitar i uformowania śpiewankowego kręgu. Ale afteru zrobić się nie dało, bo nie było kiedy. Impreza trwała w najlepsze do rana. A i repertuar był całkiem w porządku, trochę Stinga, trochę klasyki rockowych ballad, Beatlesi, Cranberries, Tracy Chapman, a nawet po sztuce piosenki włoskiej, hiszpańskiej, francuskiej, niemieckiej i polskiej, którą zaśpiewałyśmy wspólnie z Anią.
Impreza zaowocowała, jeszcze jedną fajną znajomością. Naprawdę fajną. Aziz, z Uzbekistanu, w końcu jakiś normalny, swój człowiek, który doskonale rozumie o czym mówisz, jeśli mówisz na przykład o odnajdywaniu się w tsukubarskiej społeczności, z którym w końcu możesz szczerze porozmawiać o tym co myślisz, a nie tylko o dupie marynie za przeproszeniem. I w końcu ktoś, kto rozmawiając z tobą nie patrzy się na ciebie jak na kolejną panienkę, którą chciałby zaliczyć. Zapytał mnie jakie mam plany na rozpoczęty właśnie weekend. Ja na to, że chcę coś zobaczyć, choćby Tokio, bo jeszcze nie miałam okazji tam pojechać, że nie chcę tego dnia przespać, mimo przeimprezowanej nocy. Chcę jechać sama? Tak. A on, że sama mam nie jechać, on właśnie też planował wypad do Tokio, do swojego kolegi, więc mam jechać z nim, może poszwędać się po mieście ze mną. Ale chociaż 3 godziny snu by się przydały. Mi też. Umówiliśmy się na 11-tą i zmyliśmy z imprezy, gdy zaczęło świtać. Matthias zmył się wcześniej, więc do Ninomiya wracałam sama. I już dobrze zrozumiałam, dlaczego nikomu nie chciało się tak daleko ze mną pedałować…
o! znam jednego Aziza z Uzbekistanu... wątpię, że to ten sam człowiek..., ale to by było zabawne ;P
OdpowiedzUsuńNo pamiętam Wasze przygody, więc nawet zapytałam go, czy Was przypadkiem nie zna ;) Niestety, aż tak mały ten świat nie jest...
OdpowiedzUsuń