czwartek, 4 listopada 2010

No to w drogę!

Zostawiam Wam to wszystko, jak się zostawia list,
Albo jak zbędny bagaż, gdy miejsca nie ma w walizce…

   Nuciło mi się głowie, gdy już dopakowywałam ostatnie rzeczy. Wklepałam to na fejsa, wyłączyłam laptopa i schowałam go to torby. Kolejne nerwowe spojrzenie na zegarek. 6:20. Dziewczyny śpią. Dobra, jeszcze chwila. Obudzę je o 6:40. To co by tu jeszcze… A! herbatę muszę wziąć, koniecznie, normalną jakąś, znaczy czarną, dobrą, bo przecież zielonej nie da się pić. Oni tam to chyba tylko to siano piją. Kolejne nerwowe spojrzenie na zegarek. A potem na listę rzeczy do zabrania. No to już chyba wszystko.

   Jeszcze raz zważyłam swoje tobołki. Bagaż główny – stara rozwalona waliza z hipermarketu za 50zł - 19,7kg (ma się to wyczucie!). Bagaż podręczny – stary, rozwalony, ale ulubiony plecak wgórowy 60l skompresowany do wymaganych wymiarów - 7,2kg, torba z laptopem i elektroniką 4,3kg. Jest nieźle. W zasadzie to byłam z siebie dumna, bo pakowanie nie należy do czynności łatwych i przyjemnych. Szczególnie w ostatniej chwili. Szczególnie jak się pakuje na tak długo, tak zmienne warunki pogodowe, sytuacyjne i robocze. Szczególnie, jak się nie ma dobrej walizki. Ale od czego jest przecież folia spożywcza i taśma klejąca do kartonów, co nie? ;) Jeszcze tylko jeden mały szkopuł. Trzeba się z tym wszystkim dotelepać jakoś na lotnisko…

   Po wyjściu z klatki i przejściu parunastu metrów okazało się, że walizka do transportu pieszego nie nadaje się kompletnie. Nieść jej w ręku też się nie da, bo lada moment urwie się rączka (najpierw walizce, a potem mnie). Dobrze, że na Barskiej jest postój taksówek. Szybka decyzja i wsiadłyśmy w jedną z nich. Taksówkarz był wysoce zniesmaczony, gdy powiedziałam mu, żeby zawiózł nas na przystanek za Pomnikiem Lotnika. – Ten w kierunku Okęcia? – Tak, ten.
No cóż, nie każdy w pracy dostaje talony na taksówki i może się szarpnąć na podwózkę pod same lotnisko ;)

   Pożegnanie z Siostrą. Długie. Ale szybki check-in. Choć mógłby być długi i bardziej upierdliwy, gdyby jednak nie udało mi się w nocy, a w zasadzie nad ranem, wydrukować tej odprawy on-line. A to dopiero była akcja! Spróbujcie kiedyś coś wydrukować na Marka drukarce przez Marka komputer! Powodzenia! ;) Dobrze, że w Bostonie czas przesunięty o 5h do tyłu, to co niektórzy też jeszcze nie spali ;) A potem pożegnanie z Gosią. Też długie. I idziemy w swoje strony.

  A samolot opóźniony. Już nie miałam siły przytomnie na niego czekać, więc poprosiłam panią siedzącą obok, by mnie obudziła w odpowiedniej chwili i beztrosko zasnęłam pod bramką 23.

  W zasadzie nie pamiętam, jak wsiadłam do tego samolotu, pamiętam, że obudziłam się we Frankfurcie i powiedzieli mi, że mam się spieszyć na przesiadkę. Włączył się tak zwany spręż. Jakież to lotnisko jest olbrzymie! Rany Julek! Przejście do odpowiedniej bramki, zajęło mi… 30min! Ani razu się nie zgubiłam, szlak był dobrze i gęsto oznaczony, a do tego kawałek podjechałam pociągiem. Kolejne kontrole szły szybko i bez kolejki, bo przez megafony mówili, że pasażerowie na lot do Tokio obsługiwani są w pierwszej kolejności. Dotarłam zdyszana pod C14, za mną jeszcze grupka osób z mojego poprzedniego lotu, załadowaliśmy się na pokład i po chwili już byliśmy w górze.
   Niestety nie siedziałam przy oknie. Więc jak poziom adrenaliny już trochę opadł, to momentalnie zasnęłam. Nawet te wszystkie ogłoszenia stewardess o security i innych takich, mnie nie obudziły. Dopiero lunch. A potem dopiero śniadanie. Nie pamiętam czy po drodze były jakieś turbulencje, lecieliśmy ponoć 13h i z tego co pokazywała mapka lotu, to trasa wiodła głównie takim szerokim łukiem nad północną częścią Rosji. Obudziłam się znów, jak stewardessa kazała mi zapiąć pasy, bo zaraz zaczynamy lądowanie. Okazało się też, że przespałam ogłoszenie o wypisywaniu jakiś papierków, które trzeba pokazać na granicy, a które zmaterializowały się przede mną na stoliku. Na szczęście sąsiadka wytłumaczyła mi o co chodzi i pomogła je wypełnić. No i ciach. Wylądowaliśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz