Chwilami mam ochotę zrobić im krzywdę, tym Japońcom. Tak mnie wkurzają, że mam ich serdecznie dosyć i najchętniej bym się spakowała i wróciła do domu. No cóż, cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną. A tutaj dostaję porządną, ostrą i intensywną lekcję cierpliwości. Tylko, że chwilami nie wytrzymuję i wybucham. Tak jak tego właśnie dnia. Ale wiem, że to nie ich wina, że ich nie rozumiem. Nie mam prawa wymagać od nich zrozumienia. To ja muszę się uczyć. Nie oni. To ja tu jestem barbarzyńcą. A do tego wszystkiego ta konferencja...
--
Zabrali mi pewność siebie.
Ja taka mała.
Tak dużo mądrych ludzi.
Tyle wiedzą.
Tacy naukowcy.
Takie to wszystko mądre.
A ja taka szara.
Tak kompletnie nieistotna. --
Tak jak planowałam, poszłam dziś na prezentacje Amerykanów. Nie wiem czy to był dobry ruch. Bo tym razem, rozumiałam co mówili, poszczególne słowa, ale nie docierał do mnie ani trochę sens treści jaką tworzyły. W czasie lunchu, żeby odetchnąć, chciałam pójść na spacer, by kupić bilet powrotny do Tsukuby i zobaczyć przy okazji skąd dokładnie odjeżdża mój autobus. Osaka Station była rzut beretem od Grande Cube, więc można się przejść na pieszo, dam radę, nawet na tych cholernych obcasach.
No jednak ciut dalej, niż mi się zdawało. Po pół godzinie byłam na miejscu. Dworzec z zewnątrz nie robił takiego wrażenia jak w Kioto. Duży był, ale do ogarnięcia, przynajmniej takie było pierwsze wrażenie. Na mapie zaznaczyłam sobie skąd jeżdżą autobusy dalekobieżne. Tak, to musi być tu. No dobrze, autobusy są, przydałoby się kasę znaleźć. Może tu na górę? Hmm, tu nie. Przepraszam, gdzie tu można kupić bilet? Przepraszam, nie rozumiem po japońsku. Przepraszam, gdzie tu można kupić bilet na autobus? Tu? Acha, dziękuję. Jednak nie tu. Przepraszam, gdzie tu można kupić bilet na autobus? Tam. Acha, dziękuję. Jednak nie tam. Cholera. Weszłam w dworcowe podziemia, w nadziei na jakieś strzałki i napis „ticekts”. Albo chociaż rysunek biletu. Rysunków i napisów było tam od cholery różnych, kręciłam się w tą i we wtą, wszędzie rysuneczki z pociągami, aż w końcu znalazłam strzałkę, która miała namalowany autobusik i bilet. Oł je! Dałam się poprowadzić strzałkom i wylądowałam faktycznie w jakiejś kasie. Świetnie. Czy mogę tu kupić bilet na autobus do Tsukuby? Nie? Oj, a czemu? A bo to nie ta firma, tak? Ach, bezpośrednio do Tsukuby jeździ tylko prywatna… A jakiej konkretnie firmy muszę szukać? A, nie wie pani. A gdzie tu jeszcze są jakieś kasy biletowe? A, gdzieś tam? A, to dobrze, dziękuję bardzo.
Mgliste to tam było, ale poszłam tam. Tam okazało się być zbyt przytłaczające, bo nagle zrozumiałam, że Osaka Station jest wielkości mniej więcej całego podziemia [(Centralny + Śródmieście + Metro Centrum) x 10]^n, gdzie n = ilość poziomów, w tym przypadku wyłapałam przynajmniej 3. Łączyła się tutaj nie tylko główna stacja kolejowa i autobusowa Osaka Station, do tego mniej więcej promieniście od niej odchodziły korytarze i tunele na 6 różnych stacji metra czy innego pociągu, a może prywatnej linii kolejowej – Umeda Hankyu, Umeda Station, Umeda Hanshin, Nishi-Umeda, Higashi-Umeda i Kitashinchi Station, wszystko to połączone pasażami handlowymi. Pięknie. Spokojnie, tylko bez paniki, szukamy jakiś dobrych strzałek. Pokręciłam się trochę i wyłapałam strzałkę z „information”. Jest, jest, jest!! Idę za nią. Wylądowałam na informacji kolejowej. Ale może będą umieli mi pomóc?
Dzień dobry, szukam miejsca, w którym mogę kupić bilet na autobus do Tsukuby, tak, bezpośredni, tak prywatnej linii, a i przystanku, z którego odjeżdża. Hmm, to musi pani znaleźć Kinetsu Bus. Ale to chyba będzie w południowo-zachodniej części tego kompleksu stacji, raczej Nishi-Umeda. Ale nie jestem pewien. Dobrze, tak, napiszę tu pani po japońsku, czego pani szuka.
Fantastycznie, poczułam, że poczyniłam ogromny krok do przodu w poszukiwaniach, dzierżąc w dłoniach kartkę z krzaczkami, brnęłam przez kolejne tunele i przejścia, nagabując mijanych ludzi i pokazując ową kartkę. Każdy wskazywał co innego. O mamusiu. Zaczynałam się niecierpliwić i złościć coraz bardziej. I w tym momencie…
Podbiega do mnie dwóch młodych kolesi, ufryzowanych jakoś tak zabawnie, bo każdy Japończyk, który chce się wyróżnić i być trendy, farbuje włosy na brązowy, odpicowanych niesamowicie, i pytają, czy mogą mi w czymś pomóc. Ależ oczywiście, że tak, szukam miejsca, gdzie mogę kupić bilet na Kinetsu Bus do Tsukuby i przystanku, z którego odjeżdża. Zrobili dziwną minę, więc pokazałam im krzaczki. Aaaa!! I dopiero zauważyłam, że za nimi stoi cała zgraja reporterów, ze sprzętem, kamerą, mikrofonami, światłem i to wszystko nagrywa… Ja pierdykam, o co tu kaman?? Kamera została wycelowana w moją stronę. A, to chyba muszę się uśmiechnąć chociaż. Rany, jak ja wyglądam, jak sierota. Jeden Japończyk zaczął nawijać po swojemu do mikrofonu, drugi zabrał mi kartkę i gdzieś z nią poleciał., a ja byłam nieco oszołomiona. Ten kazał mi czekać i zaczął zadawać standardowe pytania. Skąd jestem, co tu robię. Mam się patrzeć w kamerę. Dobrze. Przyleciał ten drugi i dawaj po japońsku do mnie. Ja nie rozumiem. Aaa, pomożecie mi? No to świetnie. Zaprowadzicie na miejsce? Cudownie. Dobra, to idziemy. Gdzie? Tylko powoli, bo muszę zapamiętać. 5 minut drogi. Okej. A panowie kamerzyści z nami? O Polsce mam coś opowiedzieć? Okej. Jak mi się Japonia podoba? I takie tam, gadka szmatka, z tym, że cholernie ciężka, bo obydwaj kolesie, jak się domyśliłam, prowadzący jakiś program, mieli kłopoty z wysłowieniem się po angielsku. Więc śmiali się jeden przez drugiego i nawijali po swojemu do mikrofonu, co jakiś czas podstawiając mikrofon mi. Nie rozumieli za bardzo tego co mówiłam, bo próbowali dopytywać o wyjaśnienia. Czułam się kretyńsko na maksa, bo wiedziałam, że zbijają się ze mnie, a do tego to wszystko kręcą. Jaki absurd, ja nie mogę. Ale może chociaż pomogą…
Zaprowadzili mnie do wyjścia na powierzchnię, przeszliśmy spory kawałek, cały czas prowadząc nagrywaną rozmową i przy innym wejściu w podziemie powiedzieli, że tu się pożegnamy. Mam wejść tu i wyjść tam, po drugiej stronie ulicy. Widzę ten autobus? Tak, to tam. I dziękują bardzo, życzą powodzenia i miłych chwil w Japonii. No to nara. Jeszcze jakaś dziewczyna do mnie podbiegła, chciała mojego maila i wytłumaczyła, że to był telewizyjny show „Chichinpuipui”, w którym wyłapuje się zbłąkanych obcokrajowców i próbuje się im pomóc. Ten odcinek wyemitują pod koniec miesiąca na kanale 4-tym. O rany, ale będzie beka, jak to moi ludzie z labu zobaczą…
No dobra, to idę po ten cholerny bilet.
Myślicie, że go tam kupiłam??
Ha.
Nie ma letko.
Nie koniec przygody.
Na przystanku, na którym wylądowałam, kasy żadnej nie było. Ale był przystanek i krzaczki były takie same jak na kartce. O, i jest pan, w mundurku, wygląda jak pracownik tych linii. Pytam się, czy stąd pojadę do Tsukuby. Nie rozumiał po angielsku. Jedziemy w kalambury. Tsukuba?? Yes, yes. Gdzie mogę kupić bilet? U kierowcy? Pokazuję bilet, pieniążki, kierownicę, kalendarz, datę, godzinę. Pan zrobił głupią minę i po swojemu nawija. Zrozumiałam, że nie u niego. On jest od bagażu. Gdzie bilety??? Dałam mu mapę, żeby może mi pokazał. Popatrzył, ale chyba nie wiedział, jak z niej korzystać. Już miałam łzy w oczach. Już jestem tak blisko, a tu taka chała. Pomachałam jeszcze trochę rękami, próbując jak najlepiej wytłumaczyć o co chodzi, pan jednak nie przejawiał talentów aktorskich, bo nie silił się na kalambury zbytnio, ale widać, że przejął się mym losem bardzo i zrozumiał me ciężkie położenie. Jego mina była pełna współczucia i bezradności. Już naprawdę, miałam ochotę usiąść na chodniku i się rozpłakać. Normalny człowiek w takim stanie rzadko kiedy potrafi myśleć. Ja nie potrafię, ale mnie oświeciło, nie wiem jakim cudem, to chyba jednak pomoc od Tych Tam Z Góry. Po drugiej stronie ulicy wypatrzyłam… biuro podróży! Tak, oni na pewno mi pomogą, musi tam ktoś mówić po angielsku, musi, błagam, musi!! W te pędy przez podziemie, na drugą stronę 6-ciopasmówki...
Wchodząc, minę miałam nie tęgą, ledwo hamowałam łzy. Zaraz rzuciła się do mnie jakaś pani, że moment, że tu jest pani, co umie po angielsku. Spokojnie.
Jednak Ktoś Tam nade mną czuwa.
Wyszło lepiej, niż się spodziewałam, bo wyobraźcie sobie, udało mi się kupić ten bilet u nich w tym właśnie biurze. Policzyli sobie co prawda jakąś prowizję, ale już kij z tym. Byłam szczęśliwa. Zeszło się trochę, bo moje imię trzeba było krzaczkami napisać, a ja nie umiałam, więc dwie panie się zebrały by wygłówkować pisownię i musiałam 10 razy bardzo powoli się przedstawić, sy-la-ba-mi. A potem jeszcze podać jakiś numer telefonu kontaktowego. No nie mam komórki. A do hostelu może być? Świetnie. Mam bilet. Mam bilet!!! Hurra, mam bilet!!!
Zlokalizowałam się na mapie. Ups, dalekom od Grande Cube. Zlokalizowałam się w czasie. O cholera, zeszło mi się 3h, zaraz będzie wykład, na którym muszę być koniecznie, bo to stricte z mojej działki, profesora, którego nie raz cytowałam. I poczułam jak cholernie bolą mnie stopy od tych cholernych butów na obcasie. Wracać do Grande Cube metrem??? Znów musiałabym wejść w to parszywe podziemie. Znaleźć odpowiednią stację metra. Odpowiednią linię. Odpowiednią bramkę. Odpowiedni bilet kupić. Cholera jasna, nie mam wyjścia, raz kozie śmierć…
--
Metro utknęło.
A pan w wagonie wciąż mlaska tą gumę do żucia.
Jeszcze raz mlaśnie i mu przywalę.
A z megafonów wciąż nawijają tym piskliwym głosem, te cholerne aczikoszipierdoszi i nie wiem o co chodzi.
A miało być bliżej.
Miało być szybciej.
Co za debil wymyślił obcasy.
To jakaś paranoja.
Pan mlasnął mi nad uchem.
To była ta ostatnia kropla.
Ratunku, gdzie ja jestem?????!
Out!!!!! Jak najszybciej out.
No ruszaj że wreszcie do jasnej cholery.
FJhsjfhsjdhfjkdshfjskdhfjkshd jsedhf
Dojdę tam na pieszo, w nosie ich mam.
Nie mogę wyjść, co za cholerna przeklęta bramka, zamyka się pomimo biletu.
Nie wyjdę cholera, chyba, że przeskoczę tą bramkę.
W spódnicy bez szans.
Ratunku, ja się poddaję…
--
Zaryczana pośrodku miasta.
Którego nie rozumiem.
Które mnie nie rozumie.
I choć chce pomóc to nie może.
--
Wracam na to głupie metro.
Tamto, co utknęło już pojechało, oczywiście.
Świetnie, poczekam sobie.
Przyjechało drugie.
Wsiadłam.
Wysiadłam.
Jestem na powierzchni!
Odnalazłam się.
Świeże powietrze lepiej zrobiło.
Idę na wykład, powinnam zdążyć.
--
No to teraz może jakiś pozytywny akcent?
Na wykład zdążyłam i był fajny, rozumiałam o czym mówią i w ogóle nawet mnie korciło, by o coś zapytać. Podbudowana nieco wróciłam do hostelu, przygotować się lepiej na swoją prezentację. Ale w hostelu, jak to w hostelu. To zdecydowanie było najlepsze co mogłam zrobić, żeby wybrać sobie ten właśnie hostel na konferencyjną bazę. Bo nie dość, że sam w sobie był świetny, to przyciągał naprawdę ciekawych ludzi z przeróżnych stron świata. Szalenie lubię takie spotkania i takie rozmowy, bo niezwykle oddziaływają na wyobraźnię. Niesamowite to było, że po tak ciężkich psychicznie przeżyciach tego dnia, mogłam spędzić tak uroczy wieczór. Zrelaksowana, zdystansowana, roześmiana. Jutro to ja będę wygłaszała prezentację. Ale już się tym nie stresuję i nie przejmuję. Będzie jak będzie. Powalę ich, czy nie, nie ma znaczenia. Cieszmy się chwilą, cieszmy się ludźmi, cieszmy się z nimi… ;)
