wtorek, 16 listopada 2010

Osaka cz.2. czyli... ech

   Chwilami mam ochotę zrobić im krzywdę, tym Japońcom. Tak mnie wkurzają, że mam ich serdecznie dosyć i najchętniej bym się spakowała i wróciła do domu. No cóż, cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną. A tutaj dostaję porządną, ostrą i intensywną lekcję cierpliwości. Tylko, że chwilami nie wytrzymuję i wybucham. Tak jak tego właśnie dnia. Ale wiem, że to nie ich wina, że ich nie rozumiem. Nie mam prawa wymagać od nich zrozumienia. To ja muszę się uczyć. Nie oni. To ja tu jestem barbarzyńcą. A do tego wszystkiego ta konferencja...

--
Zabrali mi pewność siebie.
Ja taka mała.
Tak dużo mądrych ludzi.
Tyle wiedzą.
Tacy naukowcy.
Takie to wszystko mądre.
A ja taka szara.
Tak kompletnie nieistotna.
--

    Tak jak planowałam, poszłam dziś na prezentacje Amerykanów. Nie wiem czy to był dobry ruch. Bo tym razem, rozumiałam co mówili, poszczególne słowa, ale nie docierał do mnie ani trochę sens treści jaką tworzyły. W czasie lunchu, żeby odetchnąć, chciałam pójść na spacer, by kupić bilet powrotny do Tsukuby i zobaczyć przy okazji skąd dokładnie odjeżdża mój autobus. Osaka Station była rzut beretem od Grande Cube, więc można się przejść na pieszo, dam radę, nawet na tych cholernych obcasach.

   No jednak ciut dalej, niż mi się zdawało. Po pół godzinie byłam na miejscu. Dworzec z zewnątrz nie robił takiego wrażenia jak w Kioto. Duży był, ale do ogarnięcia, przynajmniej takie było pierwsze wrażenie. Na mapie zaznaczyłam sobie skąd jeżdżą autobusy dalekobieżne. Tak, to musi być tu. No dobrze, autobusy są, przydałoby się kasę znaleźć. Może tu na górę? Hmm, tu nie. Przepraszam, gdzie tu można kupić bilet? Przepraszam, nie rozumiem po japońsku. Przepraszam, gdzie tu można kupić bilet na autobus? Tu? Acha, dziękuję. Jednak nie tu. Przepraszam, gdzie tu można kupić bilet na autobus? Tam. Acha, dziękuję. Jednak nie tam. Cholera. Weszłam w dworcowe podziemia, w nadziei na jakieś strzałki i napis „ticekts”. Albo chociaż rysunek biletu. Rysunków i napisów było tam od cholery różnych, kręciłam się w tą i we wtą, wszędzie rysuneczki z pociągami, aż w końcu znalazłam strzałkę, która miała namalowany autobusik i bilet. Oł je! Dałam się poprowadzić strzałkom i wylądowałam faktycznie w jakiejś kasie. Świetnie. Czy mogę tu kupić bilet na autobus do Tsukuby? Nie? Oj, a czemu? A bo to nie ta firma, tak? Ach, bezpośrednio do Tsukuby jeździ tylko prywatna… A jakiej konkretnie firmy muszę szukać? A, nie wie pani. A gdzie tu jeszcze są jakieś kasy biletowe? A, gdzieś tam? A, to dobrze, dziękuję bardzo.

    Mgliste to tam było, ale poszłam tam. Tam okazało się być zbyt przytłaczające, bo nagle zrozumiałam, że Osaka Station jest wielkości mniej więcej całego podziemia [(Centralny + Śródmieście + Metro Centrum) x 10]^n, gdzie n = ilość poziomów, w tym przypadku wyłapałam przynajmniej 3. Łączyła się tutaj nie tylko główna stacja kolejowa i autobusowa Osaka Station, do tego mniej więcej promieniście od niej odchodziły  korytarze i tunele na 6 różnych stacji metra czy innego pociągu, a może prywatnej linii kolejowej – Umeda Hankyu, Umeda Station, Umeda Hanshin, Nishi-Umeda, Higashi-Umeda i Kitashinchi Station,  wszystko to połączone pasażami handlowymi. Pięknie. Spokojnie, tylko bez paniki, szukamy jakiś dobrych strzałek. Pokręciłam się trochę i wyłapałam strzałkę z „information”. Jest, jest, jest!! Idę za nią. Wylądowałam na informacji kolejowej. Ale może będą umieli mi pomóc?
Dzień dobry, szukam miejsca, w którym mogę kupić bilet na autobus do Tsukuby, tak, bezpośredni, tak prywatnej linii, a i przystanku, z którego odjeżdża. Hmm, to musi pani znaleźć Kinetsu Bus. Ale to chyba będzie w południowo-zachodniej części tego kompleksu stacji, raczej Nishi-Umeda. Ale nie jestem pewien. Dobrze, tak, napiszę tu pani po japońsku, czego pani szuka.
Fantastycznie, poczułam, że poczyniłam ogromny krok do przodu w poszukiwaniach, dzierżąc w dłoniach kartkę z krzaczkami, brnęłam przez kolejne tunele i przejścia, nagabując mijanych ludzi i pokazując ową kartkę. Każdy wskazywał co innego. O mamusiu. Zaczynałam się niecierpliwić i złościć coraz bardziej. I w tym momencie…

    Podbiega do mnie dwóch młodych kolesi, ufryzowanych jakoś tak zabawnie, bo każdy Japończyk, który chce się wyróżnić i być trendy, farbuje włosy na brązowy, odpicowanych niesamowicie, i pytają, czy mogą mi w czymś pomóc. Ależ oczywiście, że tak, szukam miejsca, gdzie mogę kupić bilet na Kinetsu Bus do Tsukuby i przystanku, z którego odjeżdża. Zrobili dziwną minę, więc pokazałam im krzaczki. Aaaa!! I dopiero zauważyłam, że za nimi stoi cała zgraja reporterów, ze sprzętem, kamerą, mikrofonami, światłem i to wszystko nagrywa… Ja pierdykam, o co tu kaman?? Kamera została wycelowana w moją stronę. A, to chyba muszę się uśmiechnąć chociaż. Rany, jak ja wyglądam, jak sierota. Jeden Japończyk zaczął nawijać po swojemu do mikrofonu, drugi zabrał mi kartkę i gdzieś z nią poleciał., a ja byłam nieco oszołomiona. Ten kazał mi czekać i zaczął zadawać standardowe pytania. Skąd jestem, co tu robię. Mam się patrzeć w kamerę. Dobrze. Przyleciał ten drugi i dawaj po japońsku do mnie. Ja nie rozumiem. Aaa, pomożecie mi? No to świetnie. Zaprowadzicie na miejsce? Cudownie. Dobra, to idziemy. Gdzie? Tylko powoli, bo muszę zapamiętać. 5 minut drogi. Okej. A panowie kamerzyści z nami? O Polsce mam coś opowiedzieć? Okej. Jak mi się Japonia podoba? I takie tam, gadka szmatka, z tym, że cholernie ciężka, bo obydwaj kolesie, jak się domyśliłam, prowadzący jakiś program, mieli kłopoty z wysłowieniem się po angielsku. Więc śmiali się jeden przez drugiego i nawijali po swojemu do mikrofonu, co jakiś czas podstawiając mikrofon mi. Nie rozumieli za bardzo tego co mówiłam, bo próbowali dopytywać o wyjaśnienia. Czułam się kretyńsko na maksa, bo wiedziałam, że zbijają się ze mnie, a do tego to wszystko kręcą. Jaki absurd, ja nie mogę. Ale może chociaż pomogą…
Zaprowadzili mnie do wyjścia na powierzchnię, przeszliśmy spory kawałek, cały czas prowadząc nagrywaną rozmową i przy innym wejściu w podziemie powiedzieli, że tu się pożegnamy. Mam wejść tu i wyjść tam, po drugiej stronie ulicy. Widzę ten autobus? Tak, to tam. I dziękują bardzo, życzą powodzenia i miłych chwil w Japonii. No to nara. Jeszcze jakaś dziewczyna do mnie podbiegła, chciała mojego maila i wytłumaczyła, że to był telewizyjny show „Chichinpuipui”, w którym wyłapuje się zbłąkanych obcokrajowców i próbuje się im pomóc. Ten odcinek wyemitują pod koniec miesiąca na kanale 4-tym. O rany, ale będzie beka, jak to moi ludzie z labu zobaczą…
No dobra, to idę po ten cholerny bilet.

Myślicie, że go tam kupiłam??
Ha.
Nie ma letko.
Nie koniec przygody.

Na przystanku, na którym wylądowałam, kasy żadnej nie było. Ale był przystanek i krzaczki były takie same jak na kartce. O, i jest pan, w mundurku, wygląda jak pracownik tych linii. Pytam się, czy stąd pojadę do Tsukuby. Nie rozumiał po angielsku. Jedziemy w kalambury. Tsukuba?? Yes, yes. Gdzie mogę kupić bilet? U kierowcy? Pokazuję bilet, pieniążki, kierownicę, kalendarz, datę, godzinę. Pan zrobił głupią minę i po swojemu nawija. Zrozumiałam, że nie u niego. On jest od bagażu. Gdzie bilety??? Dałam mu mapę, żeby może mi pokazał. Popatrzył, ale chyba nie wiedział, jak z niej korzystać. Już miałam łzy w oczach. Już jestem tak blisko, a tu taka chała. Pomachałam jeszcze trochę rękami, próbując jak najlepiej wytłumaczyć o co chodzi, pan jednak nie przejawiał talentów aktorskich, bo nie silił się na kalambury zbytnio, ale widać, że przejął się mym losem bardzo i zrozumiał me ciężkie położenie. Jego mina była pełna współczucia i bezradności. Już naprawdę, miałam ochotę usiąść na chodniku i się rozpłakać. Normalny człowiek w takim stanie rzadko kiedy potrafi myśleć. Ja nie potrafię, ale mnie oświeciło, nie wiem jakim cudem, to chyba jednak pomoc od Tych Tam Z Góry. Po drugiej stronie ulicy wypatrzyłam… biuro podróży! Tak, oni na pewno mi pomogą, musi tam ktoś mówić po angielsku, musi, błagam, musi!! W te pędy przez podziemie, na drugą stronę 6-ciopasmówki...
Wchodząc, minę miałam nie tęgą, ledwo hamowałam łzy. Zaraz rzuciła się do mnie jakaś pani, że moment, że tu jest pani, co umie po angielsku. Spokojnie.
Jednak Ktoś Tam nade mną czuwa.
Wyszło lepiej, niż się spodziewałam, bo wyobraźcie sobie, udało mi się kupić ten bilet u nich w tym właśnie biurze. Policzyli sobie co prawda jakąś prowizję, ale już kij z tym. Byłam szczęśliwa. Zeszło się trochę, bo moje imię trzeba było krzaczkami napisać, a ja nie umiałam, więc dwie panie się zebrały by wygłówkować pisownię i musiałam 10 razy bardzo powoli się przedstawić, sy-la-ba-mi. A potem jeszcze podać jakiś numer telefonu kontaktowego. No nie mam komórki. A do hostelu może być? Świetnie. Mam bilet. Mam bilet!!! Hurra, mam bilet!!!

Zlokalizowałam się na mapie. Ups, dalekom od Grande Cube. Zlokalizowałam się w czasie. O cholera, zeszło mi się 3h, zaraz będzie wykład, na którym muszę być koniecznie, bo to stricte z mojej działki, profesora, którego nie raz cytowałam. I poczułam jak cholernie bolą mnie stopy od tych cholernych butów na obcasie. Wracać do Grande Cube metrem??? Znów musiałabym wejść w to parszywe podziemie. Znaleźć odpowiednią stację metra. Odpowiednią linię. Odpowiednią bramkę. Odpowiedni bilet kupić. Cholera jasna, nie mam wyjścia, raz kozie śmierć…

--
Metro utknęło.
A pan w wagonie wciąż mlaska tą gumę do żucia.
Jeszcze raz mlaśnie i mu przywalę.
A z megafonów wciąż nawijają tym piskliwym głosem, te cholerne aczikoszipierdoszi i nie wiem o co chodzi.
A miało być bliżej.
Miało być szybciej.
Co za debil wymyślił obcasy.
To jakaś paranoja.
Pan mlasnął mi nad uchem.
To była ta ostatnia kropla.
Ratunku, gdzie ja jestem?????!
Out!!!!! Jak najszybciej out.
No ruszaj że wreszcie do jasnej cholery.
FJhsjfhsjdhfjkdshfjskdhfjkshd jsedhf
Dojdę tam na pieszo, w nosie ich mam.
Nie mogę wyjść, co za cholerna przeklęta bramka, zamyka się pomimo biletu.
Nie wyjdę cholera, chyba, że przeskoczę tą bramkę.
W spódnicy bez szans.
Ratunku, ja się poddaję…
--
Zaryczana pośrodku miasta.
Którego nie rozumiem.
Które mnie nie rozumie.
I choć chce pomóc to nie może.
--
Wracam na to głupie metro.
Tamto, co utknęło już pojechało, oczywiście.
Świetnie, poczekam sobie.
Przyjechało drugie.
Wsiadłam.
Wysiadłam.
Jestem na powierzchni!
Odnalazłam się.
Świeże powietrze lepiej zrobiło.
Idę na wykład, powinnam zdążyć.
--

No to teraz może jakiś pozytywny akcent?
Na wykład zdążyłam i był fajny, rozumiałam o czym mówią i w ogóle nawet mnie korciło, by o coś zapytać. Podbudowana nieco wróciłam do hostelu, przygotować się lepiej na swoją prezentację. Ale w hostelu, jak to w hostelu. To zdecydowanie było najlepsze co mogłam zrobić, żeby wybrać sobie ten właśnie hostel na konferencyjną bazę. Bo nie dość, że sam w sobie był świetny, to przyciągał naprawdę ciekawych ludzi z przeróżnych stron świata. Szalenie lubię takie spotkania i takie rozmowy, bo niezwykle oddziaływają na wyobraźnię. Niesamowite to było, że po tak ciężkich psychicznie przeżyciach tego dnia, mogłam spędzić tak uroczy wieczór. Zrelaksowana, zdystansowana, roześmiana. Jutro to ja będę wygłaszała prezentację. Ale już się tym nie stresuję i nie przejmuję. Będzie jak będzie. Powalę ich, czy nie, nie ma znaczenia. Cieszmy się chwilą, cieszmy się ludźmi, cieszmy się z nimi… ;)


poniedziałek, 15 listopada 2010

Osaka cz.1. (czyli Aj sink łi get sru zis)

    No i po krótkiej chwili spędzonej w pociągu, akurat wystarczającej by przeczytać parę stron na temat miasta w przewodniku, dojechałam na stację Fukushima. Nawiasem mówiąc, ten przewodnik jest naprawdę beznadziejny. Nazywa się „praktyczny”, ale nie jest praktyczny nawet w swojej formie – gruba ciasno sklejona cegła, nie mówiąc już o treści. Żeby upraktycznić chociaż jego formę, zwyczajnie po chamsku pocięłam go nożem na kilka mniejszych kawałków, mniej więcej rozdziałami, zawsze to lżej w torebce i wygodniej w użyciu. Ale wróćmy do tematu. Z jednej strony to dobrze, że wylądowałam na Fukushimie, a nie Osace Centralnej, ale z drugiej, źle. Ale to dopiero później okaże się, że źle. W tym momencie dla mnie było dobrze, bo stacja Fukushima była super, zwykła, mała bezproblemowa stacyjka. Coś jak Warszawa Ochota. A mój hostel był dwa kroki od niej. Znalazłam go od razu. I od razu polubiłam Fukushimę, bo miała swój urok. Spokojne boczne uliczki, takie, jakie lubię najbardziej. Wielkie wieżowce są tuż obok, w przylegającym do Fukushimy centrum jednym i drugim i kolejnym, całe miasto to centrum, ale tu prawie ich nie widać. Taka mała enklawa normalności.

    Recepcja była umieszczona przy wspólnej kuchni, więc jak się wchodziło do hostelu, od razu można było się natknąć na mieszkańców. Jak weszłam, przy stole siedział tylko jeden chłopak, śmieszny taki, długie jasne kręcone włosy, kolorowa bluza z kapturem, wyglądający na takiego typowego globtrotera, nawet symaptyczny. Rzuciłam tylko przelotne spojrzenie i uśmiech, ale poczułam na sobie spojrzenie nieco bardziej przenikliwe, kiedy wypełniałam formalności zakwaterowania. Jak wyglądałam? Normalnie. Pomarańczowe spodnie, kwiecista tunika, kurtka, plecak i szmaciana kolorowa torba. Włosy rozpuszczone, bo chciałam, żeby dobrze wyschły. No więc może łaskawie przestań się gapić, co? Nie lubię takiego typu spojrzeń, cholernie. Jednak zdecydowanie antypatyczny typ. Klucz mogłam dostać dopiero po południu, tak jak to standardowo, ale oczywiście plecak mogłam zostawić w przechowalni i z toalety skorzystać. Żelazko?? Tak, proszę. Chwila, moment i wizerunek, jak mniemam, typowego backpackera prysł, z łazienki wyszła jakaś nudna poważna osoba, rajstopki, szara spódniczka, koszulka z kołnierzykiem, marynarka, buciki na obcasie, teczuszka z laptopem, elegancka torebka, włosy ładnie uczesane w koka. Zdziwiona mina kolesia przy stole była niezła. Rzuciłam mu nieco złośliwe spojrzenie i pobiegłam na konferencję. Pobiegłam, to może zbyt dużo powiedziane, w butach na obcasie nie da się biegać, można co najwyżej dreptać. Jak ja tego nie znoszę, kto w ogóle wymyślił buty na obcasie??

    The Grand Tube, czyli takie Międzynarodowe Centrum Konferencyjne, było zaledwie 10min spacerem od hostelu, (w butach na obcasie 15min), na takiej małej wysepce. Wszystkie mapki tym razem dobrze podrukowałam, znalazłam się tam bez żadnego problemu. Zarejestrowałam się, dostałam identyfikatorek, materiały i mogłam zacząć się rozglądać wokół. Panorama miasta z przeszklonego Grand Tube była naprawdę ciekawa. Można było sobie usiąść wygodnie w fotelu na 12-tym piętrze i sączyć darmową kawkę z widokiem na nowoczesną, ziejącą futuryzmem Osakę. Cieszyłam się, że najpierw poznałam Fukushimę. Ale ta nowoczesność, co prawda to prawda, też robiła pewne wrażenie, nawet oszałamiające.  

Na 12-tym piętrze The Grand Tube

Osaka z 12-tego piętra The Grande Tube


The Grande Tube
   Pierwszy dzień konferencji był fatalnie zorganizowany programowo. W południe miała być dwugodzinna sesja posterowa i lunch jednocześnie. Lunch nie był darmowy, można było sobie na miejscu kupić taki lunch-box, dosyć drogi, niewyglądający zbyt apetycznie, albo ruszyć samemu w miasto. No i miałam zagwozdkę, czy ruszyć, czy zostać z dzieciakami z labu, które produkowały się przy swoich posterach. No dobra, pokażę im, na czym polega grupowa solidarność, zostanę z nimi i pójdziemy na lunch razem, po sesji. Ominie mnie co prawda zapowiadający się ciekawie wykład, ale niech będzie. Niech nie myślą, że ich nie lubię, czy coś. Dogadaliśmy się więc, że idziemy wszyscy razem na miasto coś zjeść o 14-tej, bo lunch-boxy są za drogie i nie mówią do nas „zjedz mnie”. Byłam co prawda dość wygłodniała i już o 13-tej zaczęło mi burczeć w brzuchu, ale ok.
Nudna ta sesja była jak cholera, a czas się wlókł niemiłosiernie. Paru Polaków spotkałam, pogadałam chwilę, ale jak to na konferencji, parę uprzejmości i tyle, bo to w końcu profesorowie byli. Mojego szefa niestety wszyscy oni kojarzyli, wszyscy o niego pytali i byli bardzo zawiedzeni, że go tu ze mną nie ma, a jednocześnie zaskoczeni, że samą mnie tak wysłał. Więc trzeba było opowiedzieć całą historię, że staż, że Tsukuba, że NIMS. A no to wspaniale, to życzymy powodzenia, wspaniałe doświadczenie, stretetete, proszę przekazać pozdrowienia panu Profesorowi.
Nie czuję się najlepiej w takiej sztywnej, napchanej konwenansami atmosferze. Czuję, czy nie czuję, to nie ma znaczenia, czy umiem się odnaleźć? Tego nie wiem. Pewnie na pewno jakąś gafę strzeliłam, ale może da się ją wybaczyć, może się Nick nie dowie.

   Za każdym razem jak jechałam windą, nadziewałam się w niej wzrokiem na młodego, azjatycko wyglądającego kolesia, ale na identyfikatorku miał Australię. Za czwartym razem zagaił rozmowę. Jak masz na imię? Skąd jesteś? O rany, przecież widzisz, napisane jest jak wół na plakietce. Agnes, from Poland. Aaa… A Ty? Aaaa. Miło Cię poznać. Nice to meet you, too. Oł je, w końcu parter.

   Mam czasami takie głupie wrażenie, że to ja jestem bardziej ogarnięta tutaj niż te dzieciaki. Chika ma w Osace dziadków, często tu przyjeżdża, ale nie wie za bardzo, gdzie tu iść coś zjeść. Ja mówię, że trzeba iść w pierwszą lepszą boczną uliczkę, ot, choćby w kierunku Fukushimy, po drodze mijałam dużo sympatycznie wyglądających miejsc. Spojrzeli na mnie dziwnie, pomruczeli coś po japońsku i spytali recepcjonistki, która gdzieś tam ich pokierowała. Ja miałam jednak wrażenie, że nie należy ona do gatunku Japonek, które jedzą w tanich knajpach… Poszliśmy w miejsce wskazane przez nią. Podczas drogi, słowa po angielsku z ich strony nie usłyszałam. Pytania, jak minął mi weekend. Wiedzieli, że jechałam do Kioto i Nara. Mogli chociaż spytać jak podróż. No dobra, sama ich spytałam, jak im minął weekend. Fine, thanks. Ale już nie było żadnego, nawet najprostszego „and how yours?”, dawaj po japońsku do siebie. No to dawaj, się wtrącam.
- Gdzie się w końcu zakwaterowaliście?
- W hotelu.
- Daleko stąd?
- Pół godziny drogi metrem.
- Nie było nic bliżej?
- Wszystko było bardzo drogie.
- To ile płacicie za nocleg?
- 5000Y.
Nic nie chciałam już mówić, że ja mam nocleg o połowę tańszy tuż pod nosem, bo pewnie by ich zamurowało. Cieszyłam się tylko, że mogłam załatwić sobie to sama. Później jednak, to zamurowało mnie, jak się okazało, że nie wiedzą, co to jest hostel i czym się różni od hotelu… I tak jak myślałam, lunch do tanich nie należał, wyszło na to samo, gdybym kupiła konferencyjny lunch-box. Ale nie narzekam, przynajmniej był lepszy. Mogłam sobie przynajmniej skosztować okonomiyaki w wersji Osaka (inne od wersji Kioto), mogłam sobie przynajmniej posłuchać nawijki po japońsku, poobserwować ściany, sufit i wystrój restauracji. Pooglądać rysunki w menu. Całkiem ładne były zresztą. I mogłam też przynajmniej im zaimponować, bo teraz zjadłam pięknie wszystko pałeczkami praktycznie w takim samym czasie jak oni, bo od ostatniego razu już zdążyłam się wyszkolić. Więc tym razem nie mieli już ze mnie uciechy. Szkoda tylko, że ja też jej nie miałam.

   Kierowana uprzejmością, ale jednocześnie ciekawością wybrałam się na parę prezentacji Japończyków, przy których figurowało nazwisko mojego tutejszego szefa jako współautora. Trochę tych prezentacji było, bo ten mój szef to tutaj znany naukowiec i z wieloma uczelniami i instytutami współpracuje, więc wszędzie go dopisują. Myślałam sobie, pójdę, dowiem się, jaki poziom mają te wystąpienia, a przy okazji czym się ci ludzie tak naprawdę zajmują. Po pierwszej prezentacji byłam trochę zawiedziona. Po drugiej zrobiło mi się słabo. Po trzeciej byłam już zażenowana. Po czwartej wymiękłam. I to już nawet nie chodziło o sposób mówienia po angielsku, bo do ich wymowy już się trochę przyzwyczaiłam, więc już naprawdę mnie nie rusza, gdy ktoś powie na przykład „Aj sink łi get sru zis”. Chodziło o kompletny brak umiejętności wypowiedzenia się w tym języku. Wykuli prezentację, wydukali z największym bólem, ale na pytania to już żadne nie umieli odpowiedzieć. Ja tam oczywiście pytań nie miałam, bo praktycznie nic nie rozumiałam z tego co przedstawiali, ale byli tacy, co piąte przez dziesiąte rozumieli i starali się jeszcze jakiś fragment wykumać. Obiecałam sobie, że jutro idę już tylko na prezentacje Amerykańców i Australijczyków. Żadnych skośnych. Ewentualnie Europejczyków. Ale absolutnie żadnych skośnych, szkoda czasu. Nie mam pojęcia po co tacy na konferencję przyjeżdżają, jeśli nie umieją się wypowiedzieć. Byłam tym naprawdę zszokowana. I choć Marek mnie ostrzegał, żeby się zbyt wiele po wystąpieniach Azjatów nie spodziewała, to jednak miałam nadzieję, że chociaż dowiem się czegoś ciekawego.

   Ech, wróciłam do hostelu trochę poddenerwowana. Wzięłam klucz i przeniosłam rzeczy do pokoju. Było jeszcze kilka wolnych łóżek, zajęłam sobie to przy oknie, na górze. Pozostałych mieszkańców na razie nie było. Zeszłam do kuchni zrobić sobie herbatę. No i był tam już z powrotem ten denerwujący koleś z rana. Wiedziałam.
- Jak masz na imię?
- Agnes.
- Miło cię poznać, ja jestem Tom. Agnes, słuchaj, nie obrazisz się, jak sobie pierdnę? – zarzucił z australijskim akcentem, zbijając mnie kompletnie z pantałyku. Nie, no raczej się nie przesłyszałam.
- Pierdź do woli. Uważaj tylko, by ci się spodnie nie popruły – odparłam, serwując pełne jadu spojrzenie. W sumie sama nie wiem, skąd ta agresja we mnie się zrodziła. Jakaś taka byłam ogólnie zdenerwowana. Roześmiał się.
- Agnes, to był tylko taki żarcik, chciałem wiedzieć z jakiego typu osobą rozmawiam.
- Świetnie. Wiesz już? Bo ja już wiem, że rozmawiam z czubkiem.
- Agnes, co ty taka zdenerwowana? Może chcesz iść na piwo? Zrelaksujesz się trochę.
Jeszcze czego. Na piwo to w sumie bym i poszła, ale raczej nie z takim palantem. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, dodał jeszcze:
- A zapomniałem zapytać skąd ty właściwie jesteś.
- Z Polski.
I wiecie co? Nie zgadniecie. Od tej pory przeszliśmy na język polski…
I jak już później trochę złagodniałam, dałam się na to piwo zaprosić. Palant, czy nie, dobrze przynajmniej z kimś w końcu swobodnie w normalnym języku pogadać. W Australii siedział dopiero dwa lata, więc jego polski nie był jeszcze obarczony jakąś specjalną manierą akcentową. Przyjechał do Japonii ot tak, pozwiedzać, bo tani lot z Melbourne znalazł. A ogólnie to był z Gdańska. Jaki ten świat mały…

niedziela, 14 listopada 2010

No to Nara


   Przez jakiś czas kusiło mnie, by nie jechać do Nary i zostać dłużej w Kioto. Szczególnie rano, jak nie chciało mi się wstawać. W hostelu większość ludzi mówiła, że Nara jest super, ale całego dnia na nią nie potrzeba, że to aż za dużo, że góra 3 godziny wystarczą. W przewodniku zaledwie 3 strony o tej miejscowości, te same sformułowania co wszędzie – najbardziej znane, najczęściej odwiedzane, główna atrakcja itp i itd i też piszą, że pół dnia starczy. I gdyby nie to, że Ania, ta co ma narzeczonego Japończyka, mówiła, że Nara jest dla niej najpiękniejszym miastem w całej Japonii, to faktycznie chyba bym została w Kioto.
    Udało mi się jakoś przewalczyć własne lenistwo, szybko się zebrałam, spakowałam, wykwaterowałam i poszłam na dworzec. Do Nary można się dostać na 3 sposoby, tzn. trzema różnymi pociągami, najtańszy był prywatny, Kintesu, odrobinkę tylko droższy Regional JR i drogi Expres JR. Chciałam jechać tym Kinetsu, ale nie wyszło, bo się trochę zaplątałam w bramkach, automatach na bilety i ogromie dworca, Regional JR wyświetlał, że odjeżdża za 5min, na Kinetsu musiałabym lecieć na drugi koniec stacji i tam szukać dobrej bramki, więc już sobie darowałam te 4zł różnicy, liczy się czas, wsiadam w tego Regionala. W ciągu tych pięciu minut udało mi się kupić dobry bilet i przebiec spory kawałek na któryśnasty peron. Pociągi w Japonii jeżdżą niesamowicie punktualnie, zegarki można sobie do nich nastawiać. Wbiegłam do pociągu i parę sekund później ruszył.

    Nara również była stolicą kraju, zanim nie zostało nią Kioto, krótko bo krótko, tylko 74 lara, ale to ponoć właśnie te lata zrodziły tradycyjne formy japońskiej sztuki, rzemiosła i literatury. Jest to niewielkie miasto, zbudowane nieco na chińskich wzorcach, a jego główne atrakcje – 3 świątynie i muzeum otoczono olbrzymim parkiem (520ha!).

    Hostel, jaki sobie zarezerwowałam w Narze, był dość nietypowy. Też najtańszy ze wszystkich, ale nietypowość polegała na jego pojemności, miał bowiem tylko jedną ośmioosobową sypialnię. Czyli w zasadzie takie to było bardziej mieszkanie przerobione na hostel niż hostel. Dlatego też nie był otwarty cały czas, a tylko w określonych godzinach w przypadku pojawienia się rezerwacji. W necie większość ludzi pisała, że miała problemy z jego odnalezieniem. Nie mam pojęcia czemu, bo ja trafiłam bezbłędnie. Właściciel pisał do mnie, że jak przyjadę, to muszę po niego zadzwonić, jeśli będę chciała zostawić bagaż w środku. Telefonu co prawda nie mam, ale na każdej ulicy jest budka telefoniczna, więc nie ma z tym najmniejszego kłopotu. Po chwili właściciel, młody Japończyk, Kosuke był na miejscu, dał mi klucze, bez załatwiania żadnych formalności. Zdziwiłam się. Formalności to wieczorem, a teraz mam iść oglądać miasto i cieszyć się dniem, bo słońce szybko zachodzi. Jak tak, to świetnie. Nauczona wczorajszym doświadczeniem spytałam go jeszcze gdzie by tu rower jakiś skołować. A on na to, że mogę wziąć jego rower, nie ma zapięcia ani blokady, bo i tak nikt go nie ukradnie, nie wygląda najlepiej, ale koła się kręcą i siodełko ma. Świetnie, biorę.

   I pojechałam, najpierw przed siebie, na rekonesans dzielnicy, bo hostel był nieco na uboczu miasteczka. Pokręciłam się trochę, zorientowałam co i gdzie, a wtem słyszę, jak ktoś mnie woła. To Kosuke, który chciał się upewnić, czy się nie zgubiłam przypadkiem, bo przecież atrakcje miasta są w przeciwnym kierunku, niż ten w którym pojechałam. Wytłumaczyłam mu, że nie jestem tak do końca normalną turystką, ale mam mapę i mniej więcej wiem jak się nią posługiwać, więc nie musi się o mnie martwić… ;)

   Ruszyłam do centrum. Nadziałam się na informację turystyczną, zajrzałam z ciekawości i stwierdziłam, że jednak to dobrze, że czasem mam przebłyski rozsądnego myślenia. Bo wczoraj w informacji w Kioto zaopatrzyłam się od razu w mapę Nary i okazało się, że ta moja jest o niebo lepsza, bo nawet ma poziomice i skalę. Tu natomiast dają tylko taką malowaną niemalże odręcznie. Jak się potem okaże, ta mapa była właściwie kluczowa.

   Najpierw świątynia Kofukuiji, na samym wejściu do parku. No i oczywiście tłum ludzi. Wrażenie robiła wysoka, pięciokondygnacyjna pagoda, druga najwyższa w Japonii, która ponoć już 5 razy płonęła. Dużo różnych obiektów na terenie tej świątyni było, Wschodni Złoty Pawilon, czy skarbiec, ale tłum wybitnie przeszkadzał w odbiorze.

Kofukuji

   W drodze do kolejnej świątyni, Todaiji, pokręciłam się trochę po parku. Niesamowite były wszędobylskie daniele, uważane tu za boskich posłańców, namiętnie karmione przez wszystkie dzieci specjalnymi ciasteczkami sprzedawanymi na każdym rogu. Tłum pod Todaiji był jeszcze większy, największy jaki widziałam, może dlatego, że to właśnie w tej świątyni jest największy posąg Buddy z brązu w całym kraju. Niezłą ma też ten posąg historię. Aby ten 15-metrowy Budda mógł powstać na początku VIII wieku, trzeba było dokonać 8 odlewów z 437 ton brązu, pół tony srebra, 300 kg rtęci i 7 ton wosku roślinnego. Niestety, pierwszy smuteczek, w 855r. odpadła mu głowa. Naprawili mu ją, ale potem kolejny smuteczek, dwa pożary i nowa głowa Buddy się stopiła. Obecna głowa Buddy jest już z 1692r. Natomiast pawilon w którym posąg się znajduje jest wciąż cały drewniany, olbrzymi i robi absolutne wrażenie. Ma 48m wysokości, 56m długości i 49m szerokości i jest wyobraźcie sobie największą drewnianą budowlą na świecie, a stanowi tylko 2/3 pierwotnej ośmiowiecznej konstrukcji. W tym przypadku tłum ludzi był zrozumiały i nawet pomimo tego, byłam urzeczona i zafascynowana tym miejscem, do tego stopnia, że pozwoliłam sobie zrobić zdjęcie. Nie wspomniałam Wam wcześniej – w Kioto co rusz ktoś się mnie pytał, czy może chcę, aby zrobiono mi zdjęcie. Rozumiem, że dla Japończyków to nie do pojęcia, jak można być pod zabytkiem tak ważnym dla kraju i nie zrobić sobie pod nim zdjęcia. Myśleli biedacy, że skoro zwiedzam sama, to może po prostu nie ma kto mi zrobić zdjęcia i bardzo życzliwie, acz bardzo natrętnie oferowali swoje zaangażowanie. Tu nie było inaczej ;)
Tłum ma to do siebie, że ciężko się w nim przemieszczać własnym tempem, idzie się w fali, a właściwie wlecze, ciężko iść szybciej. Teren świątynny był ogromny i zanim wydostałam się na parking, gdzie zostawiłam rower, miałam sporo czasu na kontemplację poczynań tłumu. 


Todaiji


 
   Teraz standardowa wycieczka nakazuje zwiedzić Świątynię Kaługa Taisha. Ale potrzebowałam trochę odpoczynku od tłumu, zmęczył mnie, a do tego pora już była wybitnie lunchowa. Jak cudownie, że mam rower. Ruszyłam w miasto, z dala od turystycznych atrakcji, w poszukiwaniu taniej knajpki z jedzeniem. O dziwo, większość z nich była pozamykana, w końcu dziś niedziela. Generalnie Japończycy częściej jadają w knajpkach. Primo, nie mają czasu na gotowanie, secundo, w knajpkach jest wbrew pozorom taniej. Półprodukty na przyrządzenie potraw wcale nie są dużo tańsze, są wręcz porównywalne, a jeśli do tego doliczyć opłatę za gaz potrzebny na ugotowanie, to wychodzi zupełnie na to samo. Może ekonomiczniej wychodzi w przypadku gotowania dla większej ilości osób. W moim przypadku, zdecydowanie bardziej opłaca się iść i znaleźć szamę, niż cokolwiek ugotować. Pewnie ugotuję, jak zatęsknię za zwykłym makaronem z sosem pomidorowym, jak sojowy będzie mi już bokiem wychodził. Ziemniaka tu nie dostanę. Takiego zwykłego, są tylko słodkie. Ale z drugiej strony, swoje potrawy, mogę ugotować zawsze. Tego, co tutaj jedzą, już w Polsce nie zjem. Więc korzystać trzeba, póki się da.
Jeździłam tak sobie kontemplując miasto, aż w końcu znalazłam. Zdecydowanie przemówiła do mnie, miała nawet rysunki potraw, a ceny nawet niższe niż się spodziewałam. Wzięłam sobie ryż (dla odmiany) i opiekane krewetki z warzywami. Tak jak normalnie nie przepadam za owocami morza, krewetkami również, tak tu jestem w stanie je zdzierżyć, a w zasadzie nawet mi trochę smakują ;) Ale ośmiornicy w życiu nie zjem. No i napiszę, żebyście się już nie pytali. Jedząc, posługuję się już wyłącznie pałeczkami. Jadam w miejscach, gdzie sztućców nie dają, bo turyści tam często nie zaglądają, a zbyt głupio byłoby mi wyciągać w takim właśnie miejscu sztućca z torebki, jak ten burak taki, więc już się nauczyłam po ichniemu i nie sprawia mi to bólu. Powiem więcej. Jest to zdecydowanie przyjemniejsze niż np. jedzenie plastikowym widelcem, którego końce się obłamują po wetknięciu w sajgonkę. Nie wiem, czy nie zmieni to przypadkiem mojego światopoglądu do tego stopnia, że jak wrócę, to nie zacznę nosić do ulubionego Chinola na Noakowskiego pałeczek w torebce…

   Dobra, wróćmy do zwiedzania. Do świątyni Kasuga Taisha pojadę sobie od tyłu. O tędy, na przykład, ta dróżka wygląda zachęcająco. Oczywiście wylądowałam na cmentarzu, znów przeuroczym. Po drodze mijałam malutkie sympatyczne świątynki, z pojedynczymi ludźmi. Tego właśnie mi było trzeba. Teraz można poczuć klimat. Wsłuchać się w las i bicie dzwonów. Dotarłam tak oto do świątyni, a im bliżej, tym większy tłum. Ta świątynia znana jest między innymi z wyroczni, której można się poradzić, a właściwie sobie powróżyć. Rozmawiałam z osobą, która to uczyniła. Ponoć nie wolno mówić, co zostało wywróżone, bo to przynosi pecha. Ale byłam ciekawa, jakiego typu to są wróżby. Dowiedziałam się od innej osoby, że jedna z bardziej pozytywnych wróżby to coś w stylu, że coś dostaniesz, ale nic ci to nie da, bo stracisz coś innego, czyli na przykład wygrasz dużo kasy, ale osoba na którą czekasz nigdy nie przyjdzie… Faktycznie, bardzo to pozytywne. Ale wiecie co? Jak się Wam taka wróżba przypadkiem nie spodoba i nie chcecie, by się spełniła, to znaleźli skubańcy na to sposób. Karteczkę z wróżbą przywiązujemy w takiej sytuacji do specjalnego drzewa. I po kłopocie. Teraz możemy być spokojni, wróżba się nie ziści. Sprytne, co nie?



Mój rowerek
   Jadąc sobie tak w kierunku rzadziej uczęszczanej części parku, tak bez patrzenia w mapę, po prostu, skręcając gdzie mi się podoba, natknęłam się na początek ścieżki, pnącej stromo pod górę, która wybitnie i wyraźnie mówiła do mnie „pójdź mną”. Mam takie coś. A jak jestem sama mogę sobie pozwolić na takie małe przyjemności. I tym razem nie mogłam się powstrzymać. Zostawiłam rower i poszłam w górę. Rzut oka na mapę, gdzie też ja mogę być i co to może być za ścieżka. Tam jest słońce, ma się ku zachodowi, tu jest góra jedna taka, tam jest druga, tu jest rzeka, tu jest jar, całkiem niezły zresztą, a świątynia była gdzieś tam… Hmm, czyżbym wchodziła na Mt. Wakakusayama? Ale czad… Im wyżej, tym bardziej ścieżka mówiła „pójdź mną”, choć nie do końca byłam tego pewna czy powinnam. Do zachodu słońca została godzina, może półtorej. Dobra, pójdę, ale za max godzinę robię odwrót. Coraz wyżej. Nagle słońce zaczyna przebijać się przez zachmurzone dotychczas non stop niebo i pomarańczowe promienie padają między drzewa. Ale czad. A ścieżka pięknie wije się taką serpentynką, a jary jakie tu piękne mają! Nic, tylko kursantów w nie wpuścić. O, idzie człowiek, starszy, z kijkami, z przeciwnej strony, spytam go gdzie jesteśmy. Pokazałam mu mapę. Pomyślał, pomyślał i wskazał mi miejsce. Nie zgadzało się z moją teorią kompletnie. Ale jego wskazanie też mi nie pasowało. E tam, może się nie zna. Nie ważne, idę dalej, najwyżej zawrócę. Po kolejnych paru zakrętach, kolejny człowiek. Znów podetknęłam mu mapę, a on pokazał jeszcze co innego, też równie absurdalnego w moim odczuciu. E tam, może się nie zna. Nie ważne, idę dalej, przecież tu mi się wszystko zgadza, tu zaraz po prawej taki jar będzie… O jest. No to na oko, powinnam być na górze o 16-tej, max. 16.15. Nie, no bez przesady, o 16-tej, idę bez plecaka, dość szybko. O 16:30 szarzeje, do 17-tej jeszcze coś widać. Ok., zdążę przed zmrokiem, bez obaw. Wciąż wyżej. I kolejny człowiek, ale już nie pytałam się go gdzie jesteśmy. On tylko się uśmiechnął. To było tak niesamowite, być tak blisko tych tłumów turystów, a jednocześnie tak daleko. Przecież świątynia jest u podnóża. A jak wejdę na górę, to będę miała widok. Rany, co za kretyn ten przewodnik pisał, słowa nie ma o tej górze. A tu tak pięknie… Godz. 15:55. Usłyszałam silnik samochodu. Po chwili wyszłam z krzaków i ścieżki na parking. Wiedziałam, wiedziałam! Wszystko się zgadza, tędy przechodzi asfaltówa, mocno naokoło i od północnej strony wchodzi do miasta. A przy okazji można samochodem wjechać prawie na szczyt. Z parkingu trzeba było przejść jeszcze 300m. Przebiegłam je, gnana ciekawością. I na szczycie znieruchomiałam. Było cudnie. Słońce delikatnie przebijało się zza zasnutego chmurami nieba, zmierzając ku zachodowi nadawało niebu różową barwę. Na szczycie nawet nie było dużo ludzi, zresztą zmieniłam kategorie pojmowania dużej ilości ludzi. Była ich zaledwie garstka. Prawie w ogóle. Więcej niż ludzi było zaś danieli. Cała polana. Pasły się spokojnie i przechadzały dostojnie w tym różowym blasku. A w dole widać miasto, zasnute nieco mgłą. I niemal słyszałam z dołu dzwony świątyni, albo to tylko wyobraźnia tak podziałała, że je słyszałam. Jak można było nie napisać o tym w przewodniku, przecież tu jest tak niesamowicie!! Mój zachwyt był tak duży, że przez zaskoczenie dałam się sfotografować z danielem, bo oczywiście zaraz Japończycy rzucili mi się na pomoc, widząc samotną sierotkę, która robi zdjęcia wszystkiemu na około, ale nie ma kto zrobić zdjęcia jej. Dumna z siebie i szczęśliwa zeszłam na dół. Gdy doszłam do miejsca, w którym zostawiłam rower, właśnie się ściemniło. Ma się to wyczucie.





   Niemalże do samego hostelu było z górki. Nie zwróciłam na to wcześniej uwagi, może dlatego, że do parku jechałam trochę na około. Teraz było to cholernie przyjemne i znów pobłogosławiłam rower. Specjalnie dobry nie jest, ale koła się kręcą i siodełko ma. Szkoda tylko, że nie da się go podnieść, bo wyglądam nieco pokracznie, kiedy kolanami prawie dotykam brody przy pedałowaniu. Ale kto by się tym przejmował. Jest cudnie.
Po drodze wstąpiłam do spożywczego po coś na kolację, jakieś ciacha i coś do picia. Byłam ciekawa, co za ludzi poznam dziś w hostelu. Wczoraj było takie świetne towarzystwo.

   A dziś okazało się, że byłam jedynym gościem. Była jeszcze jedna rezerwacja, co prawda, ale się nikt nie zjawiał. Niech żałuje, nie wie co stracił. Niemniej bardzo miło się gawędziło z Kosuke, pijąc normalną czarną herbatę i słuchając muzyki fortepianowej. Hostel otworzył dopiero 3 miesiące temu, więc dopiero się rozkręca. Miał już dosyć pracy w korporacji z nadętymi ludźmi i stresogennej atmosfery. Chciał odpocząć, a jednocześnie mieć do czynienia z osobami innego pokroju, ciekawymi świata. Nie stać go było na razie na założenie większego hostelu, więc zaczyna od takiego, ale taki też ma swój urok, bo można się poczuć jak w zwykłym domu i zwyczajnie zintegrować. Wystarczy zapewnić duży stół w ciepłej kuchni i przyjazną atmosferę. Znamy to skądś, prawda? ;) Zna też jedną dziewczynę z Polski, świetnie mówi po japońsku. Ania? Tak, Ania, ma narzeczonego Japończyka. No właśnie, jaki mały ten świat. Poznał ją w Narze, ale wtedy nie prowadził jeszcze hostelu. Dobrze, pozdrowię ją, pewnie spotkam ją jeszcze w Tsukubie przy jakiejś okazji.

   Następnego dnia rano Kouske przyszedł po klucz, a że stacja była tuż naprzeciwko, to odprowadził mnie jeszcze, wytłumaczył jak jechać, bo muszę najpierw tą prywatną linią, a potem się przesiąść w JR, ale da się kupić wspólny bilet na całą trasę, pomógł mi go kupić. Do zobaczenia, pewnie jeszcze tu wrócę, bo jak Marek, mój narzeczony, przyjedzie do Japonii, to koniecznie zabiorę go do Nary.


sobota, 13 listopada 2010

Kioto

   Mówiłam Wam już, że w zasadzie lubię tą całą Japonię z tymi wszystkimi dziwnościami, które poznałam i które jeszcze dopiero poznam? Chyba jeszcze nie… Otóż więc lubię ją, zdecydowanie. I choć co krok spotykają mnie nowe niespodzianki i nie zawsze rozumiem zachowanie otaczających mnie ludzi, to lubię. Pewnie zrozumiem, jak lepiej poznam ich kulturę. Niezrozumienie jednak nie powoduje we mnie uczucia nielubienia. Choć przyznaję, że czasem czuję się zawiedziona, czasem nawet bardzo, to wciąż myślę o Japonii entuzjastycznie. Może dlatego, że wszyscy wokół ciągle się uśmiechają? Na każdym kroku. Nawet pani w sklepie, która ciężko pracuje kolejną godzinę przy kasie, uśmiecha się nieustannie i do każdego. Jeśli nadzieję się wzrokiem na jakiegoś przechodnia, zawsze z jego strony najpierw pada uśmiech. Jeśli kogoś o coś pytam, nawet jak ktoś kompletnie nie rozumie o co mi chodzi, nie zbywa mnie od razu, tylko się uśmiecha serdecznie od ucha do ucha. Nie wiem co prawda, na ile szczere są to uśmiechy i ile znaczą w tutejszej rzeczywistości. W mojej – uśmiech znaczy dużo. Cenię sobie to, że nie muszę każdemu naokoło go rozdawać.

   Nie mogłam się już doczekać tego weekendu. Całe szczęście czas szybko mijał na czytaniu i ogarnianiu wyjazdu. I dotarło do mnie, że to nawet lepiej, że tak dziwnie wszystko wyszło, że nikt nie narzucił mi, tego jak jechać, kiedy, z kim, gdzie spać. Bo mogę to wszystko zrobić po swojemu. Tak jak lubię. Szkoda tylko, że sama. Tym razem.

    Nareszcie piątek. Nareszcie wieczór. Nareszcie mogę spakować plecak, cudownie, że go mam, nie będę musiała się telepać z żadną walizką. Marynarka pewnie się pogniecie, spódnica i biała koszula z kołnierzykiem też, no ale kij z tym, przecież będą mieli w hotelu jakieś żelazko. Hm… Co by tu… Może już wyjdę? Lepiej być wcześniej na stacji. A! Jeszcze muszę zameldować administracji, że mnie nie będzie w Ninomiya House przez prawie tydzień. O czymś jeszcze zapomniałam? To mam, to mam, to wzięłam. No to idę.

   No i poszłam. Stacja autobusowa w Tsukubie jest kawałek ode mnie. Komunikacji publicznej jako takiej nie ma, więc trzeba pocisnąć na piechotę. Nie zostawię roweru na tydzień pod dworcem. Pewnie Japończycy by tak zrobili, ale mi jednak dziwnie by z tym było. Zdążyłam przejść jakieś 300m, a podjechał do mnie na rowerze jakiś Japończyk, holując drugi i pyta czy chcę rower. Eee???
- Wyglądasz, jakbyś szła na stację.
- Bo idę, faktycznie.
- No to masz, wsiadaj, pojedziesz ze mną.
Nieco oszołomiona wsiadłam. W trakcie drogi Masayama wyjaśnił mi, że jedzie na dworzec odebrać dziewczynę i dlatego holuje drugi rower, a w taki sposób i jemu i mnie będzie wygodniej. Co racja, to racja.

   Nocny autobus był dla mnie kolejnym zaskoczeniem. Spodziewałam się zwykłego nowoczesnego autobusu, po prostu. Takiego lepszego PKSa, którym to nie raz w nocy w góry się jechało. Ten, nie dość, że był piętrowy, nie dość że miał bardzo szerokie i wygodne siedzenia, które można było praktycznie prawie wypoziomować, że miał dużo miejsca na nogi, to jeszcze każdy pasażer dostał poduszkę, kocyk i… kapcie. Kapcie powaliły mnie doszczętnie.

   Mówiłam Wam, że Japończycy mają hyźla na punkcie kapci? Nie możesz nigdzie wejść w butach. W domu masz kapcie, ale też nie możesz w nich wszędzie chodzić. Bo na przykład w łazience już masz inne kapcie. W tych, w których chodzisz po pokoju nie możesz wejść do łazienki. A jak przypadkiem wyjdziesz z łazienki do pokoju w kapciach łazienkowych, bo zapomnisz je zamienić, to Japońce mają z Ciebie ostrą polewkę, tak jakbyś co najmniej ubrał koszulę nie tylko tył na przód, ale do tego i na lewą stronę. Dziwne, co? Oczywiście w każdym hotelu czy hostelu dostajesz kapcie, w lepszych restauracjach również, no i jak się okazuje, w autobusie także. Ciekawe, czy w samochodzie też zakładają. Albo w… albo nie ważne, dowiem się później i Wam powiem.

   Obudziłam się w Kioto. Dotarliśmy tam przed 7-mą rano, więc było jeszcze ciemno. Nie wysiedliśmy na żadnym dworcu, ot po prostu na zwykłym przystanku z napisem „Kioto”. Rozejrzałam się wokół. Dworzec Główny miał być absolutnie olbrzymi, rzucać się w oczy, a na 9-tym piętrze miała znajdować się informacja turystyczna, którą chciałam zaliczyć jako pierwszą w celu zdobycia mapy. Żaden z otaczających mnie budynków, nie pasował do tego opisu. Instynktownie poszłam więc za tak zwanym ogółem i po chwili wylądowałam na dworcu. Były tory, były przeróżne tabliczki, znaczki, bramki takie jak w metrze w ilości olbrzymiej, malunki pociągów, tysiące strzałek, ba!, nawet niektóre po angielsku. Nie pasowało mi tylko jedno – budynek miał 3 kondygnacje. Poszłam za strzałkami z napisem „information”.  Doprowadziły mnie do informacji kolejowej, w której spytałam o informację turystyczną. Niestety, na zmianie był akurat pan, który nie bardzo po angielsku. Coś pokazywał, coś tłumaczył, nic nie zrozumiałam. Pokręciłam się dalej. Nie przyniosło to specjalnego rezultatu i choć pytałam jeszcze po drodze parę osób, każda odpowiadała mi inaczej i pokazywała co innego. Zrobiło się jasno. Nie pomogło mi to jednak za wiele, zaczęłam już się zastanawiać, czy aby na pewno wysiadłam w dobrym miejscu. Aż w końcu kolejna nagabnięta osoba, bardzo przytomnie, odpaliła gpsa i pokazała mi na mapie gdzie jestem i wyszukała gdzie jest informacja. Okazało się, że owszem, autobus zajechał pod dobry dworzec, ale od drugiej strony i budynek główny, którego szukam jest po przeciwnej stronie torów. Uff, na to nie wpadłam.

   To co znalazłam po drugiej stronie olbrzymiego torowiska, już tym razem wybitnie pasowało do opisu z przewodnika. Myślałam kiedyś, że dworzec kolejowy w Berlinie jest duży. Teraz jednak zmieniłam trochę kryteria pojmowania wielkości dworców.

Jakaś mała część dworca w Kioto

   Ale zabawy z szukaniem informacji ciąg dalszy. No bo na to 9-te piętro jakoś trzeba wejść. Znajduję się na 3-cim i uparcie szukam windy. Nigdzie nie widzę. Znalazłam ruchome schody na 4-te, zawsze to coś. A potem kolejne ruchome, ale już niestety unieruchomione ciągnące się do samej góry, czyli na 12-te. Jedno piętro liczyło tak na oko 3 normalne piętra. Zmachałam się niesamowicie, ale dumna z siebie wylądowałam na 9-tym piętrze i… drzwi wejściowe do hallu były zamknięte. Smuteczek. Pewnie informacja też jeszcze jest zamknięta, w końcu dopiero 8-ma rano.

   Znalazłam jakiś spokojny kąt na zjedzenie śniadania, bo już zrobiłam się nieźle głodna od szukania tej informacji. A jak się najadłam, to w końcu zaczęłam myśleć. I wymyśliłam, że bez sensu czekać, aż informację otworzą, pójdę do hostelu zostawić rzeczy. A potem mogę znów zahaczyć o dworzec, i tak będzie po drodze.

   Hostel nie był daleko od dworca, jakiś kilometr z hakiem, więc pocisnęłam do niego z buta. Zakwaterować się mogłam dopiero po południu, ale i tak nie potrzebowałam na razie nic więcej. Zostawiłam bagaż i wróciłam na dworzec. Wiecie co się okazało? Przenieśli tą informację z 9-tego piętra na parter miesiąc temu. Nadziałam się na nią przypadkiem, wchodząc na teren dworcowy bocznym wejściem od południowego wschodu.

   Szczęśliwie zdobywszy mapę rzuciłam się na zwiedzanie. Błąd popełniłam już na wstępie, bo zasugerowałam się przewodnikiem. Nie wiem co za idiota go pisał, ale napisał, że wszystkie zabytki są w miarę blisko siebie i najlepiej zwiedzać Kioto na pieszo. O święta naiwności!! Rower, rower i jeszcze raz rower. Bez roweru, nie ma co się w Japonii ruszać. Trzeba było skołować rower już rano. O tym nie pomyślałam, a potem już nie było możliwości i nie chciało mi się wracać na dworzec. No więc oczywiście, mimo, najszczerszych chęci, wszystkiego zobaczyć zwyczajnie nie zdążyłam. Dobrze, że będę miała okazję tu wrócić, jak Marek przyjedzie. Jeden dzień na Kioto, to zdecydowanie za mało, by się nim dobrze nacieszyć.

   Zaczęłam od XII-wiecznej drewnianej świątyni Sanjusangendo. Wiecie co było w środku? 1001 rzeźb bogini miłosierdzia Kannon o tysiącu rąk. Rzeźba centralna miała jakieś bagatela trzy metry, pozostałe było naturalnej wielkości. Oczywiście pokryte złotem. Nie można było niestety pod żadnym pozorem zrobić zdjęcia, ale w Internecie można coś znaleźć, ot choćby takie.

Wnętrze Sanjusandendo z http://www.galenfrysinger.com/

Napatoczyła się angielskojęzyczna wycieczka. Więc przyłączyłam się, przewodnik i tak się nie skuma, że słucha go jedna osoba więcej. Nie wiem skąd sobie wytrzasnęli tego przewodnika, był cienki jak barszcz, kto to widział, by mówić, stojąc tyłem do grupy!!!

   Podreptałam potem jakimiś swoimi drogami na skróty w kierunku świątyni Kiyomizu. To zabawne, że przy każdej atrakcji piszą w przewodniku, że ta oto właśnie jest jedną z najważniejszych, najpiękniejszych, najczęściej odwiedzanych… Dzięki temu, że dreptałam tam po swojemu, nadziałam się na fajny cmentarz. Potem okazało się, że coś wybitnie ciągnęło mnie do tych cmentarzy, bo co rusz, to na jakimś lądowałam.

   Jak już wdrapałam się na górę, doznałam szoku. Takiego tabunu turystów po sezonie to jeszcze w życiu nie widziałam. Fala ludzi żadnych zwiedzania. Masakra. Ale w sumie to im się nie dziwię, bo widok ze świątyni na Kioto był niesamowity. Mimo, że pogoda jakaś nie była za specjalna, niebo zachmurzone, to widok był oszałamiający. Pokręciłam się chwilę, próbując połapać się jakby tu najlepiej zwiedzić ten przybytek, aż tu zaczepia mnie jakiś młody Japończyk i mówi, że chce mnie oprowadzić po tej świątyni. Ja na to się uśmiecham, że nie stać mnie na przewodnika. A on, że oprowadzi mnie za darmo, bo jest takim przewodnikiem wolontariuszem, i jedyne co chce w zamian to okazja do poćwiczenia mówienia po angielsku. No skoro tak, to prowadź!
Faktycznie, angielski miał słaby, ale bardzo się starał, jak najwięcej mi wytłumaczyć. Strasznie zabawne i sympatyczne to było. A jako, że świątynia Jishu była tuż niedaleko, to tam też mnie zaprowadził i nieco poopowiadał. A potem okazało się, że Masayama planuje w przyszłym roku wycieczkę do Polski, więc pozostało mi nic innego, jak obiecać, że w zamian oprowadzę go po jakimś warszawskim zabytku.

Pagoda świątyni Kiyomizu

Świątynia Kiyomizu

Świątynia Jishu

Mój prywatny przewodnik po świątyniach

   Schodziłam ze świątynnej góry już tym razem główną uliczką, czyli w tłumie turystów. Czułam się, jakbym wychodziła z jakiegoś koncertu juwenaliowego, taki był ścisk. Nieco przeluźniło się dopiero na uliczce Sannenzaka, która ponoć jako jedyna w całym mieście nawiązywała jeszcze trochę charakterem do starego Kioto. Faktycznie, była bardzo urokliwa. Dużo straganów z kiszonkami, przechadzające się gejsze i oczywiście tabun turystów.

   O kiszonkach chyba nie wspominałam jeszcze. Kiszą tu wszystko, każde możliwe warzywo, począwszy od ogórka, skończywszy na rzepie lub czosnku. Maniakalnie. I serwują do wszystkich dań jako taką zakąskę, tak zwane tsukemono. Do alkoholów też. 





   Jak łażę sama po jakimś mieście, to włącza mi się ochota na pozaglądanie w różne zakamarki, wybranie jakieś ścieżki, której nie ma na mapce, albo po prostu poszwędanie się bez potrzeby orientowania się gdzie właściwie jestem. No i teraz też mi się włączyło. Skręciłam z tej uliczki w jakąś ciekawą bramę, za którą wiodła ścieżka na górę. Myślę sobie, ha! będzie widok. Widoku nie było, był za to cmentarz. Fajny. Dobra, to teraz trzeba z tej góry jakoś zejść, może tędy. U podnóża też nadziałam się na cmentarz i też był fajny. A i chociaż przez chwilę mogłam odpocząć od tłumu ludzi.

   Wylądowałam jakimś sposobem w Parku Maruyama, przy wyjściu z którego znajdowała się świątynia Yasaka, zwana także świątynią Gion. Niesamowity był widok przepięknie poubieranych gejsz. Sporo kręciło się tu rodzinek japońskich z dziewczynkami ubranymi w odświętne, tradycyjne wdzianka. Pod samą świątynią był dziki tłum, ale mnie w tym momencie bardziej zaciekawiły dzieciaki. Przyglądałam się im dłuższą chwilę i odniosłam wrażenie, że nie są zbyt szczęśliwe. 





   Zrobiłam się już nieźle głodna, więc zaczynamy tradycyjną zabawę w zdobywanie żarcia. Oczywiście ceny powalają, są 3 lub 4-krotnie wyższe niż w Tsukubie, głównie dlatego, że mają menu po angielsku. No nic, trzeba zapuścić się w jakieś boczne uliczki…
Kiedy tak szwendałam się w poszukiwaniu jakiegoś przystępnego lokalu, zaczepił mnie kolejny Japończyk:
- Potrzebujesz pomocy?
- Hmm, w zasadzie tak. Nie wiesz, gdzie tu można tanio zjeść coś dobrego?
- Tutaj nic nie znajdziesz. Chodź ze mną, to pokażę ci gdzie.
No i faktycznie, skubaniec znał takie miejsce. Serwowali tam okonomiyaki, charakterystyczne dla tego regionu, czyli takie placki omletopodobne, z mnóstwem warzyw i innych dziwnych rzeczy, ryb, mięsa lub owoców morza. Bardzo mi smakowało. 
Okonomiyaki

   No i należycie posilona, ruszyłam dalej, do kolejnej „jednej z najsłynniejszych”, świątyni Ginkakuji, czyli Srebrnego Pawilonu, oczywiście po swojemu, nie żadnym autobusem. Dotarcie tam trochę mi zajęło, ale poobserwowałam sobie przynajmniej zwykłe zabudowania zwykłych mieszkańców Kioto. Tłum ludzi pod tą świątynią przerósł ten pod Kiyomizu, zdecydowanie. Ciężko było jakkolwiek mistycznie odebrać atmosferę tego miejsca. Bardziej podobał mi się park otaczający świątynię i czerwone liście klonów. Powoli zaczęło się ściemniać. A ja poczułam, ku swojemu przerażeniu, że ledwo jestem w stanie jeszcze chodzić. Moje stopy już wymiękały i zdecydowanie odmawiały współpracy. Chciałam jeszcze zobaczyć parę rzeczy, ale zmęczenie wzięło górę. Wsiadłam do autobusu, którym miałam wrócić do hostelu.

Ledwo widoczna Świątynia Ginkakuji

Mimo wszystko, to był błąd. Autobus utknął w korku. Kompletnie. I najgorsze było to, że był to autobus pospieszny i nie zatrzymywał się zbyt często, a do tego był kompletnie zapchany. Jedną miał tylko zaletę, dobrze się w nim spało. Jak się ocknęłam po 45 minutach i zorientowałam, gdzie jestem, stwierdziłam, że to nie ma sensu. Byłam dopiero w połowie drogi, ale mimo zmęczenia, wolałam już pokonać tą trasę na pieszo, cierpliwość nie jest moją najlepszą stroną.


    Dowlokłam się jakoś do tego hostelu, w którym zostawiłam plecak. I chciałam się zakwaterować. I wiecie co się okazało? Że to nie ten hostel. Wydrukowałam sobie mapkę nie do tego, w którym miałam rezerwację. Sierota. Odetchnęłam, gdy okazało się, że ten właściwy hostel nie był jakoś bardzo daleko i gdy udało się jakoś zlokalizować go na mojej mapie, korzystając z adresu, bo w Kioto na szczęście ulice mają nazwy, a adres tworzy się zawsze od kilku ulic – głównej i przecinających. Doczłapałam się tam już resztą sił. I już nie chciało mi się wieczorem nigdzie wychodzić, tym bardziej, że towarzystwo w hostelu było strasznie sympatyczne, a kuchnia i taki ogólny pokój dla wszystkich gości, z telewizorem i kanapami wprost rewelacyjne. Więc wieczór upłynął sobie spokojnie na ciekawych rozmowach z ciekawymi ludźmi z różnych zakątków świata. I Khaosan Kyoto Guest House, najtańszy w mieście, jest absolutnie warty polecenia.

środa, 10 listopada 2010

Smuteczek!

     Zaczytałam się dziś nieco i zaprzątnięta planowaniem weekendu i konferencji przegapiłam porę lunchową. Dzieciaki z labu po mnie nie przyszły jak wychodziły, choć prosiłam, by dały mi znać. A jak zeszłam stołówkę to okazało się, że niestety po 14-tej już jedzenia nie serwowali i sala była kompletnie pusta. Smuteczek. No nic, trzeba ruszyć w miasto na jedzenie, bo głód zaczął doskwierać. 
    Pojechałam do tej knajpy, w której byłam z Eweliną w sobotę, bo jest tam jeszcze sporo ciekawych potraw do spróbowania. Smuteczek, zamknięta, jestem za wcześnie, otwierają dopiero po południu. Pokręciłam się trochę wokół, ale nie znalazłam żadnej knajpy, która by do mnie pomachała i powiedziała „wejdź tu”. Kiedy już żołądek zaczął się niecierpliwić i zrobiło mi się wszystko jedno co zjem, nadziałam się na fast fooda, w japońskim rozumieniu. Dobra, może być i fast food. Nie mają angielskiego menu. Laska nie mówi po angielsku. Smuteczek. Dobra, damy radę. Może menu z rysunkami mają? Nie? Smuteczek. Dobra, nieważne, damy radę. Wzięłam japońskie menu i pokazałam jej pierwszy lepszy krzaczek, przy którym była jakaś dobra cena. No risk no fun. Ciekawe, co dostanę ;) 
    Dostałam dużą śliczną ceramiczną michę z gęstą zupą, koloru brązowego, w której pływało mnóstwo różnych rzeczy, warzyw i mięsa oraz kupa makaronu. Fajnie pachniało, zalatywało odrobinę curry. Do tego dostałam pałeczki i taką małą, też ceramiczną, chochlę wazówkę. Zwykłej łyżki i widelca nie mieli. Smuteczek. Ale będzie zabawa! Szkoda, że śliniaczka jeszcze mi nie dali. Chochla była tak uformowana, żeby można było zaczerpnąć trochę zupy z kawałkiem czegoś, ale makaron już się z niej ześlizgiwał i nie dało się go nabrać. Nie ma bata, trzeba go tymi pałeczkami szamnąć. Całe szczęście, tym razem nie było nikogo w pobliżu i nikt na mnie nie patrzył. Z początku niezbyt mi to szło, kompletnie niezdarnie, ale potem już coraz lepiej. Zupa była absolutnie pyszna, a siorbanie wychodziło mi naturalnie, bo kształt i rozmiar chochli uniemożliwiał wzięcie jej do ust, więc tak czy siak, trzeba było tą zupę wysiorbywać. Mówiłam Wam już, że zupę trzeba siorbać? Jeśli nie siorbiesz, to wykazujesz kompletny brak kultury i ostentacyjnie pokazujesz, że ci nie smakuje. Tak mi tłumaczyły wczoraj dzieciaki na lunchu. Cały zachód się z tego zbija, bo wygląda to przezabawnie i odgłosy siorbania są naprawdę pocieszne. Po opróżnieniu miseczki, byłam naprawdę syta i szczęśliwa.

    Zdecydowałam już, jak zrobię z tą konferencją i weekendem. Pojadę do Kyoto na sobotę, do Nara na niedzielę i w poniedziałek rano, kiedy zaczyna się konferencja, będę w Osace i zostaję tam do czwartku, a w piątek jestem tu z powrotem. Kyoto i Nara są niedaleko Osaki i są wybitnie warte zwiedzenia, więc trzeba korzystać z okazji. Niestety nie udało mi się zagarnąć nikogo do towarzystwa, no ale lepiej zobaczyć coś samej niż w ogóle. Osaka jest jakieś 500km stąd. Nie pojadę jednak Shinkansenem, nie tym razem. Korciło mnie, ale postanowiłam jechać nocnym autobusem, który jest o połowę tańszy (co nie oznacza, że tani). Shinkansenem przejadę się z Markiem, jak przyjedzie tu do mnie po świętach, bo przecież najszybszy pociąg świata to dla niego jedna z najważniejszych atrakcji Japonii ;) Pojechałam na stację i tym razem całe szczęście nie było smuteczku, bo na piątkowy autobus jeszcze były wolne miejsca. Uff. Kupiłam bilet i wróciłam do siebie.

    Wieczorne spotkanie w Hot Stuffie z górskimi ludźmi miało być koło 9tej. Wyszykowałam się i pojechałam. Pod klubem, w pobliskim Doho Parku, nadziałam się na ludzi poznanych w piątek, którzy właśnie zaczynali kolejny imprezowy wieczór. Twierdzą, że nie ma w Japonii prawa, które zabrania spożywania alkoholu na ulicy, więc korzystają. Jak usłyszeli, że idę teraz do Hot Stuffu, nieco się zatrwożyli, szczególnie Jan.
- Po co tam idziesz?
- Bo słyszałam, że tam spotykają się dziś ludzie, którzy chodzą po górach z tej całej organizacji. Chcę ich poznać.
- Ach tak. Rzeczywiście. Leć i ich poznaj. Na pewno będziesz się dobrze bawić.
Wyczułam pewną drwinę w jego głosie.
- O co wam chodzi?
- O nic.
- Coś nie tak z tymi ludźmi?
- Nie, wszystko okej. Lubią chodzić po górach. Dobrze będzie ci się z nimi imprezowało. Jak przyjdą. Leć już, bo się spóźnisz, jeszcze ci uciekną. Z nami nie masz co czasu marnować, bo już dobrze wiesz, że nas w góry nie wyciągniesz.
Teraz to ja się nieco zatrwożyłam. Jan zawsze mówił w ironiczny sposób, ale teraz  chyba faktycznie było coś na rzeczy. Spojrzałam na knajpę. Mówiłam już, że cała jest przeszklona i widać dobrze ilu ludzi jest w środku, a jak się podejdzie bliżej, to widać nawet kto? Teraz było tam zaledwie parę osób, a że ja nie dysponuję sokolim wzrokiem, to i tak widziałam je bardzo nieostro.
- Nie ma ich tam teraz zbyt wiele. Nie spieszy mi się.
- Nie martw się, na pewno zaraz tu przyjdą, całą bandą. Ale może najpierw napij się z nami, dobrze ci to zrobi.
Jan pokazał puszkę piwa.
- Kup sobie takie. Najlepsze jest. Zapamiętaj, niebieska puszka, na niej 3 takie śmieszne krzaczki. Jesteś naukowcem, dasz sobie radę. Widzisz ten sklep? Widzisz zegarek na ścianie? Na prawo od zegarka, w ostatniej lodówce na końcu, środkowa półka.
Rzut oka na knajpę. No ktoś tam jest. Może jednak pójdę i zobaczę czy to już ci z gór. Jak nie to najwyżej wrócę.
    
    No faktycznie ktoś tam był. Obsługa i dwie Japonki. Pytam, czy one z tego klubu górskiego. Nie. Ale tak, oni tu przyjdą, oni tu co środa przychodzą. No nic. Nie pozostało mi nic innego, jak kupić sobie to piwo w niebieskiej puszce…

   Grupa w parku co chwila się powiększała, dołączały kolejne osoby, niektóre nas tylko mijały i zostawały na chwilę pogadać. Wszyscy się tu znają.
- O!, widzisz, Anastazja biegnie. Ona zawsze o tej porze na jogging wychodzi. Cześć Anastazja!
- Cześć wszystkim. A wy już imprezujecie znowu? Przecież dzisiaj środa.
- No i co z tego? Może do nas dołączysz?
- Jasne. Muszę tylko jeszcze jedną rundkę machnąć.
I poleciała dalej.

    Po jakimś czasie w knajpie faktycznie zaczęli pojawiać się jacyś ludzie. A że dziewczynom zrobiło się zimno, wszyscy stwierdzili, że przenosimy się do środka. Ponarzekali tylko trochę na tych górskich, że znów przez nich nie będzie można palić w środku. I wszystko jasne, to dlatego ta drwina, dlatego ich nie lubią! Jak dla mnie to tylko lepiej.

Weszliśmy.
Ja już trochę rozbawiona, ale podekscytowana, poznam japońskich eskapeboli, ale fajnie, może uda mi się z nimi gdzieś pojechać i wleźć na jakąś górę.
Patrzę po sali.
Siedzą przy stole jacyś, nie za wiele ich. Ale to chyba nie oni???
Jeden z nich pomachał do mnie.
- Ty jesteś Agnes?
A więc oni. Oł szit.
Ciężko było ukryć mi zdumienie. Im też.
Dlaczego?
Ha!
To jest dopiero dobre.
Oni wszyscy… byli starzy. A jak już Japończyk wygląda staro, to musi być faktycznie stary. Zdecydowanie wyglądali staro. Taka pocieszna gromadka dziadków i babć zebrała się na piwo. Ale przecież na zdjęciach wyglądali na nieco młodszą grupę!!!!!
Co za smuteczek, ja nie mogę…

   Wymieniliśmy serdeczności. Nie mogli uwierzyć, że tak młoda osoba lubi chodzić po górach, ma na to czas, a do tego potrafi i chce organizować górskie wycieczki. Nie mogli uwierzyć, że takich osób w Polsce jest dużo. Nie mogli uwierzyć, że działa tam tyle różnych organizacji, które takich ludzi zrzeszają. Pomyśleli, że Polska jest rajem. I zdecydowali, że muszą kiedyś w życiu pojechać w Bieszczady…

   Tymczasem ja musiałam nieco ochłonąć. Przeprosiłam ich na moment i podeszłam do baru. Zaraz pojawił się Jan.
- A nie mówiłem, że super ludzie? I co? Gdzie z nimi jedziesz? – powiedział ze swoją charakterystyczną drwiną w głosie, do której zdążyłam się już przyzwyczaić.
- Ile oni mają lat?? Czemu nie powiedziałeś mi, że to klub emerytów?? – ja na to z wyrzutem.
- Dziewuszko, wyluzuj. Oni mają tylko powyżej 60ciu. No dobra jest parę osób ledwo po 50-tce. Ale są przesympatyczni, nie prawda?? Nie przejmuj się, zaraz będą stąd wychodzić, bo to są poważni, rozsądni, dojrzali ludzie i dłużej jak do 23-ciej nie siedzą. Wiesz, muszą wstać rano i wnuczki bawić...

    Ech. Nie myślcie sobie, że mam coś do trochę starszych ode mnie osób. Wiek nie ma znaczenia, liczy się pasja, co nie? A pasję to oni mają, trzeba im przyznać. Do końca roku organizują jeszcze tylko dwa wypady. Jeden w następny weekend, a drugi w grudniu, tradycyjne wejście na Tsukuba-san, na zakończenie sezonu i imprezę z tej okazji. Bo zimą nie chodzą, za zimno dla nich. Pojadę z nimi, pewnie, ze tak, bo są to pierwsi poznani Japończycy, którzy całkiem nieźle mówią po angielsku, przynajmniej nie mam specjalnych problemów z ich zrozumieniem. Dowiem się od nich sporo różnych fajnych ciekawostek.
A Pati mówiła mi przed moim wyjazdem, że jak była w japońskich Alpach to nikogo młodego na szlaku nie spotkała…

   Jan miał rację, zmyli się dokładnie o 23-ciej. I teraz to naprawdę miałam ochotę się napić. I tym razem może niekoniecznie Mumbo Jumbo.
- Co wy tu pijecie dobrego?
- White Russian. Spróbuj, dobre jest.
Wzięłam łyka. Faktycznie, niezłe. Zamówiłam, barmanka coś pogawędziła po japońsku i w pośpiechu wyleciała z lokalu. Hm?? Wróciła po paru minutach zdyszana z paroma kartonikami mleka w siatce z logo sklepu z na przeciwka. Szybka jest, trzeba jej przyznać. I cudowna, że nie zaserwowała mi kolejnego smuteczku, mówiąc, przepraszam, mleko nam się skończyło, może zamówi pani coś innego? Bardzo ją za to polubiłam. Kolejnego smuteczku chyba już bym dziś nie zdzierżyła.