Pora wejść w codzienność. Złapać tradycyjny rytm dnia. Czyli przestawić się na myślenie: "mieszkam tu" a nie "jestem turystką". Nie muszę codziennie chłonąć i tak intensywnie poznawać. Ale nie wiem, czy to będzie takie proste. Przyzwyczaiłam się już, że ciągle coś się dzieje. Nawet w Polsce ostatnimi czasy byłam kompletnie pozbawiona rytmu zwykłej codzienności. Do tego stopnia, że przestałam lubić dni, kiedy nie dzieje się nic. To takie nienaturalne. Już dawno nie miałam tak po prostu dnia, czy nawet wieczora tak zupełnie i tylko dla siebie. Mam go teraz. I się denerwuję, bo dostałam go nagle i niespodziewanie i właśnie niespodziewanie aż nie wiem co z nim zrobić. Sama się tym zaskoczyłam.
Dzisiaj Japończycy mają swoje Święto Pracy, skutkiem czego faktycznie wyjątkowo do pracy nie idą. Oczywiście mogą, jeśli chcą, nikt im nie zabroni, bo to tutaj przecież splendor i chwała wyrabiać nadgodziny i pracować ciężko. Ale akurat dziś niewielu Japończyków to czyni. Z tej okazji udało się zaplanować wycieczkę na Wyspę Małp w większym gronie, głównie mieszkańców Ninomiya House, z którymi zgadałam się w weekend na imprezie. Ale wczoraj wieczorem trzeba było niestety wycieczkę odwołać. Powód banalny. Chwilowe, kompletne załamanie pogody. Leje za oknem i wieje, jest absolutna mgła, kompletnie nic nie widać i człowiekowi z domu nie chce się ruszyć. Do tej pory było prześlicznie, codziennie słońce, kolorowe liście, cudna jesień w pełni. A teraz jakaś kompletna masakra.
I nikt nawet nie zadzwoni, nie napisze, co słychać u mnie, co porabiam, czy nie mam ochoty się z nikim spotkać, choćby filmu obejrzeć. A mi jakoś tak na razie dziwnie głupio wychodzić samej z inicjatywą. Nie wiem jeszcze na ile jestem w tym środowisku akceptowana, na ile mogę sobie pozwolić, mam odwieczny problem z wyczuciem granicy narzucalności się komuś. Więc wolę się nie odzywać. Dobrze, że mam gitarę. Że mam muzykę. Internet i sporo zaległych rzeczy do przesłuchania i przeczytania, na które tak w zasadzie to nigdy nie miałam czasu. Tak, mogę go teraz wykorzystać dla siebie. Nie wiem tylko zupełnie, skąd bierze mi się poczucie, że go marnuję… A tego poczucia szczerze nienawidzę.
Już dobrze, głupie poczucie prysło.
Takie dni też są potrzebne.
Też potrafią ubogacić.
Można pozbierać myśli do kupy, uporządkować je jakoś, ponazywać. Straszne ich mnóstwo przelatywało mi ostatnio przez głowę, niestety za szybko, wylatywały, zanim zdążyły się w niej osadzić, a już pojawiały się kolejne. A i co zabawne, niektóre myśli formułowały się w języku angielskim. Tak same z siebie. Chyba jednak muszę więcej tu pisać ;)
no i co dalej? ja chcę więcej!!!!!
OdpowiedzUsuńWróciłaś z tego Tokio czy cię tam co poziarło??pozdrowienia z Londynu :)
Żabka, cierpliwości :))
OdpowiedzUsuń