Mówiłam Wam już, że w zasadzie lubię tą całą Japonię z tymi wszystkimi dziwnościami, które poznałam i które jeszcze dopiero poznam? Chyba jeszcze nie… Otóż więc lubię ją, zdecydowanie. I choć co krok spotykają mnie nowe niespodzianki i nie zawsze rozumiem zachowanie otaczających mnie ludzi, to lubię. Pewnie zrozumiem, jak lepiej poznam ich kulturę. Niezrozumienie jednak nie powoduje we mnie uczucia nielubienia. Choć przyznaję, że czasem czuję się zawiedziona, czasem nawet bardzo, to wciąż myślę o Japonii entuzjastycznie. Może dlatego, że wszyscy wokół ciągle się uśmiechają? Na każdym kroku. Nawet pani w sklepie, która ciężko pracuje kolejną godzinę przy kasie, uśmiecha się nieustannie i do każdego. Jeśli nadzieję się wzrokiem na jakiegoś przechodnia, zawsze z jego strony najpierw pada uśmiech. Jeśli kogoś o coś pytam, nawet jak ktoś kompletnie nie rozumie o co mi chodzi, nie zbywa mnie od razu, tylko się uśmiecha serdecznie od ucha do ucha. Nie wiem co prawda, na ile szczere są to uśmiechy i ile znaczą w tutejszej rzeczywistości. W mojej – uśmiech znaczy dużo. Cenię sobie to, że nie muszę każdemu naokoło go rozdawać.
Nie mogłam się już doczekać tego weekendu. Całe szczęście czas szybko mijał na czytaniu i ogarnianiu wyjazdu. I dotarło do mnie, że to nawet lepiej, że tak dziwnie wszystko wyszło, że nikt nie narzucił mi, tego jak jechać, kiedy, z kim, gdzie spać. Bo mogę to wszystko zrobić po swojemu. Tak jak lubię. Szkoda tylko, że sama. Tym razem.
Nareszcie piątek. Nareszcie wieczór. Nareszcie mogę spakować plecak, cudownie, że go mam, nie będę musiała się telepać z żadną walizką. Marynarka pewnie się pogniecie, spódnica i biała koszula z kołnierzykiem też, no ale kij z tym, przecież będą mieli w hotelu jakieś żelazko. Hm… Co by tu… Może już wyjdę? Lepiej być wcześniej na stacji. A! Jeszcze muszę zameldować administracji, że mnie nie będzie w Ninomiya House przez prawie tydzień. O czymś jeszcze zapomniałam? To mam, to mam, to wzięłam. No to idę.
No i poszłam. Stacja autobusowa w Tsukubie jest kawałek ode mnie. Komunikacji publicznej jako takiej nie ma, więc trzeba pocisnąć na piechotę. Nie zostawię roweru na tydzień pod dworcem. Pewnie Japończycy by tak zrobili, ale mi jednak dziwnie by z tym było. Zdążyłam przejść jakieś 300m, a podjechał do mnie na rowerze jakiś Japończyk, holując drugi i pyta czy chcę rower. Eee???
- Wyglądasz, jakbyś szła na stację.
- Bo idę, faktycznie.
- No to masz, wsiadaj, pojedziesz ze mną.
Nieco oszołomiona wsiadłam. W trakcie drogi Masayama wyjaśnił mi, że jedzie na dworzec odebrać dziewczynę i dlatego holuje drugi rower, a w taki sposób i jemu i mnie będzie wygodniej. Co racja, to racja.
Nocny autobus był dla mnie kolejnym zaskoczeniem. Spodziewałam się zwykłego nowoczesnego autobusu, po prostu. Takiego lepszego PKSa, którym to nie raz w nocy w góry się jechało. Ten, nie dość, że był piętrowy, nie dość że miał bardzo szerokie i wygodne siedzenia, które można było praktycznie prawie wypoziomować, że miał dużo miejsca na nogi, to jeszcze każdy pasażer dostał poduszkę, kocyk i… kapcie. Kapcie powaliły mnie doszczętnie.
Mówiłam Wam, że Japończycy mają hyźla na punkcie kapci? Nie możesz nigdzie wejść w butach. W domu masz kapcie, ale też nie możesz w nich wszędzie chodzić. Bo na przykład w łazience już masz inne kapcie. W tych, w których chodzisz po pokoju nie możesz wejść do łazienki. A jak przypadkiem wyjdziesz z łazienki do pokoju w kapciach łazienkowych, bo zapomnisz je zamienić, to Japońce mają z Ciebie ostrą polewkę, tak jakbyś co najmniej ubrał koszulę nie tylko tył na przód, ale do tego i na lewą stronę. Dziwne, co? Oczywiście w każdym hotelu czy hostelu dostajesz kapcie, w lepszych restauracjach również, no i jak się okazuje, w autobusie także. Ciekawe, czy w samochodzie też zakładają. Albo w… albo nie ważne, dowiem się później i Wam powiem.
Obudziłam się w Kioto. Dotarliśmy tam przed 7-mą rano, więc było jeszcze ciemno. Nie wysiedliśmy na żadnym dworcu, ot po prostu na zwykłym przystanku z napisem „Kioto”. Rozejrzałam się wokół. Dworzec Główny miał być absolutnie olbrzymi, rzucać się w oczy, a na 9-tym piętrze miała znajdować się informacja turystyczna, którą chciałam zaliczyć jako pierwszą w celu zdobycia mapy. Żaden z otaczających mnie budynków, nie pasował do tego opisu. Instynktownie poszłam więc za tak zwanym ogółem i po chwili wylądowałam na dworcu. Były tory, były przeróżne tabliczki, znaczki, bramki takie jak w metrze w ilości olbrzymiej, malunki pociągów, tysiące strzałek, ba!, nawet niektóre po angielsku. Nie pasowało mi tylko jedno – budynek miał 3 kondygnacje. Poszłam za strzałkami z napisem „information”. Doprowadziły mnie do informacji kolejowej, w której spytałam o informację turystyczną. Niestety, na zmianie był akurat pan, który nie bardzo po angielsku. Coś pokazywał, coś tłumaczył, nic nie zrozumiałam. Pokręciłam się dalej. Nie przyniosło to specjalnego rezultatu i choć pytałam jeszcze po drodze parę osób, każda odpowiadała mi inaczej i pokazywała co innego. Zrobiło się jasno. Nie pomogło mi to jednak za wiele, zaczęłam już się zastanawiać, czy aby na pewno wysiadłam w dobrym miejscu. Aż w końcu kolejna nagabnięta osoba, bardzo przytomnie, odpaliła gpsa i pokazała mi na mapie gdzie jestem i wyszukała gdzie jest informacja. Okazało się, że owszem, autobus zajechał pod dobry dworzec, ale od drugiej strony i budynek główny, którego szukam jest po przeciwnej stronie torów. Uff, na to nie wpadłam.
To co znalazłam po drugiej stronie olbrzymiego torowiska, już tym razem wybitnie pasowało do opisu z przewodnika. Myślałam kiedyś, że dworzec kolejowy w Berlinie jest duży. Teraz jednak zmieniłam trochę kryteria pojmowania wielkości dworców.
| Jakaś mała część dworca w Kioto |
Ale zabawy z szukaniem informacji ciąg dalszy. No bo na to 9-te piętro jakoś trzeba wejść. Znajduję się na 3-cim i uparcie szukam windy. Nigdzie nie widzę. Znalazłam ruchome schody na 4-te, zawsze to coś. A potem kolejne ruchome, ale już niestety unieruchomione ciągnące się do samej góry, czyli na 12-te. Jedno piętro liczyło tak na oko 3 normalne piętra. Zmachałam się niesamowicie, ale dumna z siebie wylądowałam na 9-tym piętrze i… drzwi wejściowe do hallu były zamknięte. Smuteczek. Pewnie informacja też jeszcze jest zamknięta, w końcu dopiero 8-ma rano.
Znalazłam jakiś spokojny kąt na zjedzenie śniadania, bo już zrobiłam się nieźle głodna od szukania tej informacji. A jak się najadłam, to w końcu zaczęłam myśleć. I wymyśliłam, że bez sensu czekać, aż informację otworzą, pójdę do hostelu zostawić rzeczy. A potem mogę znów zahaczyć o dworzec, i tak będzie po drodze.
Hostel nie był daleko od dworca, jakiś kilometr z hakiem, więc pocisnęłam do niego z buta. Zakwaterować się mogłam dopiero po południu, ale i tak nie potrzebowałam na razie nic więcej. Zostawiłam bagaż i wróciłam na dworzec. Wiecie co się okazało? Przenieśli tą informację z 9-tego piętra na parter miesiąc temu. Nadziałam się na nią przypadkiem, wchodząc na teren dworcowy bocznym wejściem od południowego wschodu.
Szczęśliwie zdobywszy mapę rzuciłam się na zwiedzanie. Błąd popełniłam już na wstępie, bo zasugerowałam się przewodnikiem. Nie wiem co za idiota go pisał, ale napisał, że wszystkie zabytki są w miarę blisko siebie i najlepiej zwiedzać Kioto na pieszo. O święta naiwności!! Rower, rower i jeszcze raz rower. Bez roweru, nie ma co się w Japonii ruszać. Trzeba było skołować rower już rano. O tym nie pomyślałam, a potem już nie było możliwości i nie chciało mi się wracać na dworzec. No więc oczywiście, mimo, najszczerszych chęci, wszystkiego zobaczyć zwyczajnie nie zdążyłam. Dobrze, że będę miała okazję tu wrócić, jak Marek przyjedzie. Jeden dzień na Kioto, to zdecydowanie za mało, by się nim dobrze nacieszyć.
Zaczęłam od XII-wiecznej drewnianej świątyni Sanjusangendo. Wiecie co było w środku? 1001 rzeźb bogini miłosierdzia Kannon o tysiącu rąk. Rzeźba centralna miała jakieś bagatela trzy metry, pozostałe było naturalnej wielkości. Oczywiście pokryte złotem. Nie można było niestety pod żadnym pozorem zrobić zdjęcia, ale w Internecie można coś znaleźć, ot choćby takie.
![]() |
| Wnętrze Sanjusandendo z http://www.galenfrysinger.com/ |
Napatoczyła się angielskojęzyczna wycieczka. Więc przyłączyłam się, przewodnik i tak się nie skuma, że słucha go jedna osoba więcej. Nie wiem skąd sobie wytrzasnęli tego przewodnika, był cienki jak barszcz, kto to widział, by mówić, stojąc tyłem do grupy!!!
Podreptałam potem jakimiś swoimi drogami na skróty w kierunku świątyni Kiyomizu. To zabawne, że przy każdej atrakcji piszą w przewodniku, że ta oto właśnie jest jedną z najważniejszych, najpiękniejszych, najczęściej odwiedzanych… Dzięki temu, że dreptałam tam po swojemu, nadziałam się na fajny cmentarz. Potem okazało się, że coś wybitnie ciągnęło mnie do tych cmentarzy, bo co rusz, to na jakimś lądowałam.
Jak już wdrapałam się na górę, doznałam szoku. Takiego tabunu turystów po sezonie to jeszcze w życiu nie widziałam. Fala ludzi żadnych zwiedzania. Masakra. Ale w sumie to im się nie dziwię, bo widok ze świątyni na Kioto był niesamowity. Mimo, że pogoda jakaś nie była za specjalna, niebo zachmurzone, to widok był oszałamiający. Pokręciłam się chwilę, próbując połapać się jakby tu najlepiej zwiedzić ten przybytek, aż tu zaczepia mnie jakiś młody Japończyk i mówi, że chce mnie oprowadzić po tej świątyni. Ja na to się uśmiecham, że nie stać mnie na przewodnika. A on, że oprowadzi mnie za darmo, bo jest takim przewodnikiem wolontariuszem, i jedyne co chce w zamian to okazja do poćwiczenia mówienia po angielsku. No skoro tak, to prowadź!
Faktycznie, angielski miał słaby, ale bardzo się starał, jak najwięcej mi wytłumaczyć. Strasznie zabawne i sympatyczne to było. A jako, że świątynia Jishu była tuż niedaleko, to tam też mnie zaprowadził i nieco poopowiadał. A potem okazało się, że Masayama planuje w przyszłym roku wycieczkę do Polski, więc pozostało mi nic innego, jak obiecać, że w zamian oprowadzę go po jakimś warszawskim zabytku.
| Pagoda świątyni Kiyomizu |
| Świątynia Kiyomizu |
| Świątynia Jishu |
| Mój prywatny przewodnik po świątyniach |
Schodziłam ze świątynnej góry już tym razem główną uliczką, czyli w tłumie turystów. Czułam się, jakbym wychodziła z jakiegoś koncertu juwenaliowego, taki był ścisk. Nieco przeluźniło się dopiero na uliczce Sannenzaka, która ponoć jako jedyna w całym mieście nawiązywała jeszcze trochę charakterem do starego Kioto. Faktycznie, była bardzo urokliwa. Dużo straganów z kiszonkami, przechadzające się gejsze i oczywiście tabun turystów.
O kiszonkach chyba nie wspominałam jeszcze. Kiszą tu wszystko, każde możliwe warzywo, począwszy od ogórka, skończywszy na rzepie lub czosnku. Maniakalnie. I serwują do wszystkich dań jako taką zakąskę, tak zwane tsukemono. Do alkoholów też.
Jak łażę sama po jakimś mieście, to włącza mi się ochota na pozaglądanie w różne zakamarki, wybranie jakieś ścieżki, której nie ma na mapce, albo po prostu poszwędanie się bez potrzeby orientowania się gdzie właściwie jestem. No i teraz też mi się włączyło. Skręciłam z tej uliczki w jakąś ciekawą bramę, za którą wiodła ścieżka na górę. Myślę sobie, ha! będzie widok. Widoku nie było, był za to cmentarz. Fajny. Dobra, to teraz trzeba z tej góry jakoś zejść, może tędy. U podnóża też nadziałam się na cmentarz i też był fajny. A i chociaż przez chwilę mogłam odpocząć od tłumu ludzi.
Wylądowałam jakimś sposobem w Parku Maruyama, przy wyjściu z którego znajdowała się świątynia Yasaka, zwana także świątynią Gion. Niesamowity był widok przepięknie poubieranych gejsz. Sporo kręciło się tu rodzinek japońskich z dziewczynkami ubranymi w odświętne, tradycyjne wdzianka. Pod samą świątynią był dziki tłum, ale mnie w tym momencie bardziej zaciekawiły dzieciaki. Przyglądałam się im dłuższą chwilę i odniosłam wrażenie, że nie są zbyt szczęśliwe.
Zrobiłam się już nieźle głodna, więc zaczynamy tradycyjną zabawę w zdobywanie żarcia. Oczywiście ceny powalają, są 3 lub 4-krotnie wyższe niż w Tsukubie, głównie dlatego, że mają menu po angielsku. No nic, trzeba zapuścić się w jakieś boczne uliczki…
Kiedy tak szwendałam się w poszukiwaniu jakiegoś przystępnego lokalu, zaczepił mnie kolejny Japończyk:
- Potrzebujesz pomocy?
- Hmm, w zasadzie tak. Nie wiesz, gdzie tu można tanio zjeść coś dobrego?
- Tutaj nic nie znajdziesz. Chodź ze mną, to pokażę ci gdzie.
No i faktycznie, skubaniec znał takie miejsce. Serwowali tam okonomiyaki, charakterystyczne dla tego regionu, czyli takie placki omletopodobne, z mnóstwem warzyw i innych dziwnych rzeczy, ryb, mięsa lub owoców morza. Bardzo mi smakowało.
| Okonomiyaki |
No i należycie posilona, ruszyłam dalej, do kolejnej „jednej z najsłynniejszych”, świątyni Ginkakuji, czyli Srebrnego Pawilonu, oczywiście po swojemu, nie żadnym autobusem. Dotarcie tam trochę mi zajęło, ale poobserwowałam sobie przynajmniej zwykłe zabudowania zwykłych mieszkańców Kioto. Tłum ludzi pod tą świątynią przerósł ten pod Kiyomizu, zdecydowanie. Ciężko było jakkolwiek mistycznie odebrać atmosferę tego miejsca. Bardziej podobał mi się park otaczający świątynię i czerwone liście klonów. Powoli zaczęło się ściemniać. A ja poczułam, ku swojemu przerażeniu, że ledwo jestem w stanie jeszcze chodzić. Moje stopy już wymiękały i zdecydowanie odmawiały współpracy. Chciałam jeszcze zobaczyć parę rzeczy, ale zmęczenie wzięło górę. Wsiadłam do autobusu, którym miałam wrócić do hostelu.
| Ledwo widoczna Świątynia Ginkakuji |
Mimo wszystko, to był błąd. Autobus utknął w korku. Kompletnie. I najgorsze było to, że był to autobus pospieszny i nie zatrzymywał się zbyt często, a do tego był kompletnie zapchany. Jedną miał tylko zaletę, dobrze się w nim spało. Jak się ocknęłam po 45 minutach i zorientowałam, gdzie jestem, stwierdziłam, że to nie ma sensu. Byłam dopiero w połowie drogi, ale mimo zmęczenia, wolałam już pokonać tą trasę na pieszo, cierpliwość nie jest moją najlepszą stroną.
Dowlokłam się jakoś do tego hostelu, w którym zostawiłam plecak. I chciałam się zakwaterować. I wiecie co się okazało? Że to nie ten hostel. Wydrukowałam sobie mapkę nie do tego, w którym miałam rezerwację. Sierota. Odetchnęłam, gdy okazało się, że ten właściwy hostel nie był jakoś bardzo daleko i gdy udało się jakoś zlokalizować go na mojej mapie, korzystając z adresu, bo w Kioto na szczęście ulice mają nazwy, a adres tworzy się zawsze od kilku ulic – głównej i przecinających. Doczłapałam się tam już resztą sił. I już nie chciało mi się wieczorem nigdzie wychodzić, tym bardziej, że towarzystwo w hostelu było strasznie sympatyczne, a kuchnia i taki ogólny pokój dla wszystkich gości, z telewizorem i kanapami wprost rewelacyjne. Więc wieczór upłynął sobie spokojnie na ciekawych rozmowach z ciekawymi ludźmi z różnych zakątków świata. I Khaosan Kyoto Guest House, najtańszy w mieście, jest absolutnie warty polecenia.

więcej zdjęć z Kioto tu: http://picasaweb.google.com/aga.szudarska/Kioto#
OdpowiedzUsuń"Nalezycie posilona ruszylam dalej" - czy to znaczy ze opanowalas juz jedzenie za pomoca tych patyczkow czy bierzesz ze soba lyzke ;) ?
OdpowiedzUsuńTak poza tym bardzo fajna relacja
pozdr
Szymon
Anka Jopek tez lubi JP ;)
OdpowiedzUsuńhttp://tinyurl.com/39j97sz
Bonzai,
OdpowiedzUsuńCzy mówiłem już, że lubię czytać Twoje wpisy? No to piszę, że lubię :)
Na razie brakuje mi jakiś nawiązań do sztuk walki, sumo i głupich show, które mają w telewizji!
sajonara!
Też lubię czytać Twoje wpisy.
OdpowiedzUsuńI na szczęście nie ma w nich nawiązań do nawiązań do sztuk walki, sumo i głupich show...
Kuba, bardzo Cię proszę, nie wyprzedzaj w komentarzach kolejnych wydarzeń ;) O głupich TV show będzie już wkrótce...
OdpowiedzUsuńAltior, na Twoje pytanie odpowiedzi szukaj w komentarzach pod Smuteczkiem ;)
Mam Twojego bloga zawsze w karcie między pocztą a fejsbukiem, też lubię go czytać, zanim zacznę ekscytujący dzień pracy :)
OdpowiedzUsuńCzekam na relację z Fuji!
Pozdrawiam,
Asia