Really strange to było chwilę później w Instytucie. Labirynt korytarzy niesamowity. Prowadziły mnie dziewczyny gdzieś po nich, przedstawiając po drodze kolenych ludzi, z którymi trzeba było wymieniać serdeczności i przepraszać, że nie umie się powtórzyć imienia. Dobrze, że każdy w NIMSie nosi identyfikatorki z imieniem i nazwiskiem, ale akurat w większości przypadków odwracają się one na drugą stronę i imienia nie widać. Smuteczek mały taki trochę. Zaprowadziły mnie do Pani Sekretarki, Yuko, z którą wymieniałam prawie całą korespondencję, zanim przyjechałam. Dobra kobieta, choć miałam wrażenie, że się ze mnie zbija. Ale może faktycznie, nie miałam zbyt mądrego wyrazu twarzy, po tej całej podróży, tym całym lunchu i kwaterowaniu. I już miałam trochę dosyć. Pokazała mi gdzie będę mieć biurko, gdzie są pokoje grupy badawczej Profesora, gdzie laboratoria. Oczywiście w gęstym labiryncie korytarzy i pokojów z których numery już mi się wszystkie pomyliły.
Już naprawdę byłam zmęczona. Spać mi się nawet nie chciało, ale wykąpać i odpocząć we własnym towarzystwie. A dziewczyny chciały być dla mnie miłe i chciały pokazać mi jeszcze gdzie jest spożywczak. Miały tylko coś w labie do zrobienia. Umówiłam się z nimi na za godzinę i ruszyłam z powrotem do siebie, w nadziei na parę minut oddechu. No i kolejna beka, bo nie w tą stronę idę do wyjścia. No dobra, pójdę w tą, już się nie śmiejcie, dajcie mi parę dni i będę wiedziała co i gdzie.
Wyszłam z budynku nieco okrężną drogą, bo jednak nie znalazłam drzwi, którymi wchodziłyśmy. I znowu się na nie natknęłam, jak taszczyły lodówkę na śmietnik. Chwilę im potowarzyszyłam, rozmawiając i znowu dziewuchy w śmiech, bo się zaplątałam i poszłam zupełnie w przeciwnym kierunku. Jedna zaoferowała, że może odprowadzi mnie do bramy. Tym razem już trafiłabym sama, ale nie podarowała mi.
Weszłam do pokoju. Zanim weszłam, to oczywiście trochę się go naszukałam, bo zdążyłam się już zgubić w samym akademiku. Mój numer to 2407. I no powiem krótko. WOW. Tak to ja jeszcze nigdy nie mieszkałam. Normalnie luksus. W sumie nie wiem jak teraz mówić na Ninomiya Hause, bo akademik to to na pewno nie jest. Miałam problem, by na Students’ Residence w Caparice mówić akademik, ale wszyscy Polacy tam mieszkający tak mówili, to się przyzwyczaiłam. Ale to?? Wow… Lepiej jak w hotelu :)
Zdjęć jeszcze nie mam, bo mam mały problem z bateriami lub ładowarką, bo coś nie chcą mi się naładować. Więc na razie nieco słowami zobrazuję.
Pierwsza rzecz, która powaliła mnie i rozbroiła doszczętnie, dostarczając jednocześnie olbrzymiej radości to… podgrzewana deska w kiblu, oczywiście własnym. W życiu nie pomyślałabym siadając na porcelankę, że może być ona taka cieplutka i taka przyjemna. Rewelacja. Gorąco polecam!
Ciężko też o moim pokoju mówić jak o pokoju. Bo to w zasadzie bardziej apartmanet. Podzielony na korytarzo-kuchnię, łazienkę, sypialnię i living room. Internet jest, telewizor, radio, kuchenka gazowa, mikrofala, lodówka, ba!, nawet klima i własna pralka. Trzeba tylko nauczyć się z tego wszystkiego oszczędnie korzystać, bo Instytut opłacił mi to zakwaterowanie, ale rachunki za prąd na przykład to będę płacić ja.
Pokontemplowałam chwilę i znów poleciałam do Instytutu. Tym razem trafiłam do wejścia bezbłędnie. Ale… Z trafieniem do laboratorium było już gorzej. Pamiętałam, że na 5-tym piętrze. I że gdzieś przy końcu któregoś korytarza. Pokręciłam się trochę i to bardziej one mnie znalazły niż ja je. Bo ktoś mnie tam zobaczył i już puścił plotę, że kręci się jakaś sierota po korytarzu i chyba kogoś szuka. Ale przepływ informacji to mają naprawdę szybki, trzeba im przyznać.
Dziewczyny kazały mi jeszcze pogaworzyć z jakimiś ludźmi, bo jeszcze coś tam musiały dokończyć. No dobra. Gadkę szmatkę odpalić umiem. Ale trafiłam na jakiś mniej kumatych studentów, trochę słabszych językowo i było tak se. Dziewczyny w zasadzie też nie najlepiej mówiły, ale starały się kiwać głowami i coś tam odpowiadać. Niech więc już przyjdą, bo ile można stać i się uśmiechać…
Przyszły i wzięły całe towarzystwo ze sobą. Trochę mnie to zaniepokoiło. Czyżbym aż taką rewalacją tu była? Aż takim zjawiskiem? Kolejni chcą się pośmiać, czy jak? A niech im tam, na zdrowie.
Poszliśmy do supermarketu. No i tak jak się spodziewałam. Masakra. Asortyment przedziwny i kompletnie nie do odgadnięcia. Gdy już myślałam, że znalazłam zwykłe mleko, okazało się, że to sojowe, z musli było trochę lepiej, ale jeszcze cukier mi się marzył do herbaty. Nie powiem, żeby był ustawiony w intuicyjnym miejscu. Zresztą nic tam nie było intuicyjne. Dobra, coś mam, na kolację i śniadanie wystarczy. Pieczywa niestety nie mają. Normalnego. Tylko gumowe do tostowania. Ech… Jakoś przeżyję na tym musli, choć nie jest to dla mnie normalne śniadanie. Chciałam już iść do kasy, ale zaciągnęli mnie do jakiejś półki i pokazali jakieś pudełko. Że niby fasola w nim jest. Pytam się, czy to dobre. Oni w śmiech i mówią, że bardzo dobre, ale śmierdzi. Pytam, czy to popularne tutaj. W sumie pytanie głupie, bo była tego cała wielka półka, więc rozumie się, że popularne. Oni w śmiech i że tak. To ja mówię, że spróbuję innym razem, bo na dziś już mi wystarczy nowości kulinarnych. Oni w śmiech. I coś po japońsku. No nie powiem, że czułam się dziwnie. I miałam wrażenie, że postawili mnie wobec jakiegoś ichniejszego odpowiednika emocjonalnego mielonki turystycznej tudzież paprykarza szczecińskiego. No to jak mi już tak pokazują ciekawe rzeczy, to pytam, żeby mi pokazali co na kolację jedzą. Zaprowadzili w drugi kąt sklepu i sięgnęli po takie białe buły z czymś w środku, na obrazku wyglądało prawie jak bigos. Wkłada się to do mikrofali i gotowe. Relatywnie niedrogie. (Wszystko tam było drogie, ale to był najtańszy sklep w okolicy). W sumie ten nasz lunch to był bardziej na zimno, więc zapragnęłam czegoś na ciepło i skusili mnie na te bułki. Włożyłam do koszyka, a oni aż przyklasnęli i byli bardzo rozradowani.
Mimo, że już było dopiero przed 17tą, już zrobiło się ciemno. Moi współtowarzysze wracali do Instytutu, coś tam jeszcze dalej dłubać, ja do siebie. Ale teraz wychodziliśmy do sklepu inną bramą, więc znalezienie „mojej” bramy znów nie było łatwe. Kolejna dawka chichotu, pokierowali mnie do odpowiedniej i sobie poszłam.
Już teraz do pokoju trafiłam najkrótszą drogą. I jak tylko weszłam, to poczułam, że jestem głodna i że rzucę się na te bułki. Załadowałam jedną do mikrofali i… no właśnie. Mikrofala wygląda inaczej niż nasze. Nie ma dwóch pokrętełek – jednego z minutami, drugiego z mocą, tylko szereg guziczków z krzaczkami. A na opakowaniu od bułek nie pisało ile to czasu ma się robić i na jakiej mocy. a przynajmniej ja żadnej cyferki w gąszczu krzaków nie dostrzegłam. A ja sierota oczywiście zapomniałam zapytać. Może stąd te śmiechy chichy, pewnie chcieli zobaczyć mnie w akcji obsługującą japońską mikrofalę. Było mi tak wszystko jedno, że nacisnęłam cokolwiek, byle tylko mikrofala się odpaliła i z zegarkiem w ręku potrzymałam minutę. Nie wybuchło. Wyjęłam i było ciepłe. Zjadliwe. Dobre niekoniecznie.
Trzymam kciuki :) Ja nie zawsze potrafię obsłużyć polską mikrofalę. Ale... skoro gubisz się ostatnio na korytarzu, to ja nie jadę z Tobą w góry :-P
OdpowiedzUsuńPozdrawiam,
Asia
te chichoty są denerwujące... ale oni tak z uprzejmości...
OdpowiedzUsuńtrzymam kciuki za Twoją orientację;P
A mapy Ci zadnej nie dali? chociaz wez tu czytaj krzaki, ale z trzeciej strony pewnie juz Ci sie przypomina okres dziecinstwa kiedy sie wkladalo kwadracik w kwadratowy otworek i byla uciecha - to teraz masz to samo tylko krzaki trzeba porownywac, wiec poziom troszeczke wzrosl;)
OdpowiedzUsuńOgolnie to chyba trzeba byc tam troche cierpliwym dla lokalersów, wiec tego Ci zycze no i zeby Cie pralka nie zaatakowala;)
Plazmy albo superturbomegahiper telewizora led/lcd/plazma nie masz w swoim n*owym hotelu?;P
Uwazaj na siebie Blondina!
P.S.: Podaj jakis adres to Ci normalnego chleba wyślemy;)
Pozdrawiam
Bartek
A może mają japońsko-chińskie zupki z Radomia? Przynajmniej znajomy smak :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiamy i życzymy pomyślnej orientalizacji,
Maja i Mateusz
Raz. Bosko piszesz, zazdroszcze Ci tej podrozy, chce tam pojechac.
OdpowiedzUsuńDwa. Chyba bym strzelila w twarz w koncu za te glupawe (?) chichoty. Miej cierpliwosc dla bliznich wieksza od mojej. A szczescie posiadziesz.
Pisz duzo.
Kocham, tej :)
Ja też chce podgrzewaną deskę!!!
OdpowiedzUsuńAgnes
pisz .... potem chce kupić książkę i wpiszesz mi również dedykację ok? RÓŻOWĄ
Nie przejmuj się niczym moim zdaniem oni się nie smieją z Ciebie tylko sobie chichoczą bo jesteśmy tacy różni :)
Ale to jest strasznie fajne, to się nazywa -wymiana kultur, prawda!!
Pozdrwaiam kochana
Dołączam twojego bloga do moich ulubionych stron które odwiedzam codziennie, więc pisz dużo!!
Buziaki
O rany, dzięki za ciepłe słowa :)
OdpowiedzUsuńNie sądziłam w sumie, że faktycznie komukolwiek będzie się chciało czytać te wypociny...