Generalnie to lubię prezentacje, lubię opowiadać o czymś, co mnie fascynuje, co mi się podoba, co rozumiem, co mnie przekonuje, co uważam za istotne i może dzięki temu nie miałam do tej pory specjalnych problemów z wystąpieniami publicznymi. A czemu tym razem stres? Może po prostu dlatego, że jestem tu sama.
Prezentację miałam zaplanowaną na popołudnie. A jeszcze przed południem natknęłam się na ekipę z mojego laboratorium, wytłumaczyłam im gdzie i o której będę mówić, zaprosiłam, żeby przyszli. Przed samą prezentacją się mocno zdenerwowałam, bo nie byłam w stanie dogadać się z obsługą sprzętu odnośnie tego, kiedy mam tą prezentację wrzucić na konferencyjnego laptopa, czy teraz, kiedy jest przerwa przed kolejną sesją, czy po prostu jak mnie wyczytają mam podejść, wetknąć pendriva i jechać z koksem. A chciałam przynajmniej zobaczyć, czy się otwiera, czy wszystko jest w porządku, bo wiadomo, sprzęt w najmniej oczekiwanych momentach lubi płatać figle. Z tego co zauważyłam, większość prezentacji była już wcześniej wgrana. Jednak Japończycy nie byli w stanie zrozumieć o co mi chodzi. To jest dopiero żenada. No i jak tu się nie zestresować? No dobra, pojedziemy na żywioł. Spokojnie, będzie dobrze.
Kolejny stresik, bo tuż przede mną miała mieć prezentację Chinka, z tej samej dziedziny, co ja. A jeśli ona powie wszystko to, co ja chciałam powiedzieć we wstępie teoretycznym? To muszę jakoś inaczej wypełnić 5 min prezentacji. Cholera. Oby nie…
Chinka w moim odczuciu wypadła słabo. Choć rozumiałam bardzo dobrze całe zagadnienie, nie zrozumiałam w zasadzie o co jej chodziło i po co były te jej badania, nie wspominając o jej angielskim, więc się w połowie zupełnie wyłączyłam z odbioru. Nikt nie miał pytań. Dziękujemy bardzo, teraz wystąpi pani… Aaa-ge-ska Suuuu-za-ska z prezentacją „Zastosowanie nowych nietoksycznych monomerów w procesie formowania tlenku glinu metodą odlewania żelowego”. Oł je. Poszło.
I po bólu. Uff. Z głowy.
Czy mają państwo jakieś pytania?
Stety-niestety pytania się posypały, więc dalej trzeba było się produkować. Ale miłe to było, bo przynajmniej wiedziałam, że słuchali, że zrozumieli i że się podobało.
Z reguły na takich konferencjach w ostatni wieczór jest elegancki bankiet z dobrym jedzeniem. Tym razem również. Pięknie to wszystko wyglądało, ale wysiadły mi baterie w aparacie. I humor był taki sobie, bo nie miałam do kogo się odezwać, stałam sobie jak ta sierotka i szukałam wzrokiem kogoś znajomego pośród tego wielkiego tłumu. Natknęłam się na kolesia z windy. To było zabawne, bo w czasie kolejnych dni konferencji też ciągle trafialiśmy w tą samą windę, więc konwersacje w stylu jak masz na imię, skąd jesteś, czym się zajmujesz, jak długo jesteś w Japonii, jak ci się tu podoba itp. mieliśmy już z głowy. Zaprosił mnie do stolika, przy którym siedzieli praktycznie sami angielskojęzyczni doktoranci. No i już bankiet zaczął mi się bardziej podobać.
Po pewnym czasie, niedaleko zaczął formować się stolik polski, do którego też zostałam zgarnięta. Doktorantów tam nie było co prawda, ale co konwenanse, to konwenanse, nie można było odmówić. A że Polacy popić sobie lubią, a alkohol na bankiecie za darmo, to przynajmniej było wesoło.
Czwartkowe wykłady już olałam. W końcu też mi się coś od życia należy, trzeba zobaczyć coś więcej w tej Osace, skoro już tu jestem. Kupiłam sobie bilet dzienny na metro i ruszyłam w miasto. Atrakcji w tym mieście jest moc, ale głównie dla bogatych turystów. Nawet niekoniecznie bogatych, wystarczy takich przeciętnych turystów ale z bogatszych krajów. W hostelu wszyscy zachwycali się Universal Studio, czyli takim japońskim Disneylandem ze światem anime, największym na świecie oceanarium, największym na świecie SPA World, gdzie w każdym z tych miejsc można było spędzić cały dzień i się nie nudzić. Ceny za wstęp mnie jednak powalały i na żadną z tych atrakcji się nie skusiłam. Jedynymi dostępnymi dla mnie atrakcjami zostały więc architektura miasta, życie mieszkańców, świątynie i zamek. Na zamek udałam się najpierw, było go widać z daleka, wyróżniał się mocno na tle nowoczesnych wieżowców. Ulokowany na górce, okrążony je jedną, ale całym systemem fos, olbrzymi, robił wrażenie, choć zupełnie nie wyglądał jak zamek. Gdyby nie te fosy i wielkie mury z olbrzymich głazów, nie pomyślałabym, że jest to jakaś twierdza. I nie dziwię się zupełnie, że zdobycie takiego zamku nie było łatwą rzeczą, bo nawet dla turysty, nie było łatwo odnaleźć się w labiryncie fos i znaleźć kolejne mostki. Może dlatego, że próbowałam zdobyć zamek szturmem od tyłu, a nie jak każdy przykładny turysta od przodu. Ale z tyłu był taki piękny park, w którym chciałam sobie pospacerować… I dobrze zrobiłam, bo gdybym szła od przodu, zniechęciłabym się szybko przeolbrzymim tłumem tych przykładnych turystów. Myślałam, że to tylko w weekendy tak. O święta naiwności. Zapomniałam zupełnie o istnieniu tak zwanych wycieczek szkolnych, które odbywają się przecież z reguły w tygodniu…
| Zamek w Osace |
| świątynia Shitennoji |
W zasadzie nie podobała mi się ta Osaka specjalnie. Przytłaczała swoją miejską dżunglą. Hałas, tłok oczekujących na zielone światło na przejściu dla pieszych, tłok w metrze, tłok w sklepach, nawet w kiblu publicznym tłok. Tłok w myślach wytworzył się niejako przez indukcję.
Zdecydowanie nie jestem typem samotnego podróżnika. Nie potrafię tak. Nie sprawia mi to przyjemności. Zawsze podróżowałam z ludźmi i taki sposób poznawania świata jest dla mnie najbardziej naturalny. A tych parę wypadów samotnych to tylko gdy potrzebowałam zebrać myśli do kupy lub gdy zwyczajnie nie mogłam znaleźć chętnych. I choć z jednej strony można powiedzieć, że nie jest to samotne podróżowanie, bo przecież wciąż kogoś poznaję, wciąż kogoś spotykam, to w hostelu, to na ulicy, to przypadkiem, tyle nowych osób, tyle wrażeń. To jednak wciąż czuję tą samotność bycia w miejscu ciekawym, ale obcym. Nie zależy mi tylko na cieszeniu się chwilą. To nie jest prawdziwa radość, gdy nie dzieli się jej z bliskimi, a ci nowo poznani, to nie bliscy, to tylko przelotne znajomości jednego dnia. Potrafią wywołać uśmiech, potrafią zbić samotność, potrafią wywołać emocje, ale to chwile. A przydałoby się, żeby coś było czasem warte więcej, niż chwilę…
Tak, wiem, że jestem tu jeszcze za krótko.
Korciła mnie jeszcze jedna atrakcja Osaki – Floating Garden, czyli taras widokowy na 40-tym piętrze, 176 m nad ziemią, najwyższy w mieście. Widoki z Grande Cube były całkiem niezłe, pewnie nic innego tam nie zobaczę. Zresztą co mogłabym tam zobaczyć, miasto po horyzont i tyle. Do tego miasto, którego z resztą niezbyt lubię. Wolę Tsukubę, zdecydowanie. Ale jednak korci… Oczywiście, wejście nie jest za darmo, cena dwóch dobrych obiadów, może powinnam trochę bardziej kontrolować wydatki… Korci. Ale czemu korci? Przecież to tylko widok na tysiące wieżowców. Nie warto. W przewodniku piszą tylko, że niezapomniany widok, ale wszystko w przewodniku jest najlepsze i niezapomniane, więc nie wiadomo, co naprawdę, a co nie. Dalej korci. No dobra, idę.
Byłabym skończoną idiotką, gdybym nie poszła.
Nigdy jeszcze, nic co stworzył człowiek, nie wzbudziło we mnie takiego zachwytu. Takiego typu odczucia towarzyszyły mi do tej pory jedynie, tylko i wyłącznie w górach, gdy stało się na szczycie i widziało góry po horyzont. Tutaj może zachwyt nie aż do tego stopnia, bo nigdy miejski widok nie zachwyci mnie bardziej niż górski, ale jak znalazłam się na tym szczycie, to aż mnie zatchnęło, zamurowało, totalnie oszołomiło. Nie da się tego opisać. Zdjęć nacykałam chyba 100, ale żadne nie oddaje tego, co tam czułam i co tam widziałam. Spędziłam tam dwie i pół godziny, chłonąc to co się dzieje, nie mogąc spuścić wzroku. A do tego teatr, jaki zafundowała mi pogoda. Cały dzień były chmury, żadnych przebłysków słońca. Dochodziła 16-ta. Zza chmur wyszło słońce i zaczęło rzucać promienie na poszczególne budynki. Przejaśniło się, a słońce zaczęło zniżać, przybierając pomarańczowy odcień i oświetlając miasto ciepłą barwą. Na południu gromadziły się ciemne deszczowe chmury. Niesamowity kontrast światła. Zaczęło padać. Ale tylko na południu, a chmura przesuwała się nieco w kierunku południowego wschodu. Bach, tęcza. Bach, druga. Nad całym miastem. A słońce coraz czerwieńsze, światło coraz cieplejsze, a wszystkie szklane wieżowce na wschodzie zaczęły to światło odbijać. I człowiek już nie wiedział w którą stronę świata patrzeć, bo na każdej odgrywał się spektakl chmur, światła, cienia, deszczu i słońca. Jak urzeczona obserwowałam to wszystko, cykając szaleńczo zdjęcia. Ku mojemu największemu zdziwieniu, nie było wcale dużo ludzi na tarasie, zaledwie garstka, ale nie zwracałam na nich szczególnej uwagi. Gdy stałam tak zamyślona i wpatrzona w dal, usłyszałam nad uchem „cześć Agnes” i jak to ja, standardowo, przestraszyłam się, wzdrygnęłam i mało nie przewróciłam, a potem roześmiałam. To Scott i Tim, chłopaki z hostelu, których poznałam zaledwie wczoraj i rozmawiałam długo w kuchni po przyjściu z bankietu. Planowali na dzisiaj zwiedzanie Nary, więc nie spodziewałam się ich tutaj zupełnie. Właśnie wrócili i pomyśleli, że fajnie byłoby zobaczyć zachód słońca z Floating Garden. Niezwykłe to, stać ponad tak olbrzymim miastem, widzieć jego ogrom i doświadczyć zbiegu okoliczności, który każe myśleć, że jednocześnie jest ono tak małe. Zachód był o 16:50. Cudo. Zawsze poruszały mnie zachody słońca, a takiego, to jeszcze w życiu nie widziałam. Ale teatru nie koniec, chciałam poczekać aż się ściemni i zobaczyć Osakę roziskrzoną światłem własnym. Światła miasta zaczęły się zapalać jedno po drugim, jak przewracające się klocki w domino. Coraz szarzej, a jednocześnie coraz jaśniej. Aż zupełnie czarno, tylko lekka smuga ciemnej czerwieni na horyzoncie i miliardy światełek. Wow… I oni to wszystko zbudowali tu po wojnie, takie to teraz wielkie, takie nowoczesne, takie niezwykłe. Ciężko było nie odczuć potęgi tego kraju i pracowitości jego mieszkańców w mieście, w którym tradycyjna mapa nie wystarcza do swobodnego przemieszczania się, gdzie najlepsza byłaby taka w trójwymiarze…
| Umeda Sky |
| Jedziemy na 40-te piętro |
Wróciliśmy do hostelu. Choć od rana byłam już wykwaterowana, to nie robiono mi najmniejszych problemów, żebym schowała dziś rzeczy do przechowalni i posiedziała jeszcze wieczorem w kuchni, zanim nie ruszę na nocny autobus powrotny. Polubiłam tą kuchnię. Zatęskniłam za tą kuchnią w Chatce. Zrobiłam herbaty i opowiedziałam chłopakom o Beskidzie. Nie mogli uwierzyć, że takie miejsca na ziemii jeszcze istnieją. Odprowadzili mnie na przystanek, trafiłam już teraz bez problemu, bałam się tylko trochę, czy chłopaki sami się nie zgubią wracając, bo nie wiem czy w czasie rozmowy zdawali sobie sprawę z tego jak idziemy, bo to ja prowadziłam. Niemniej szalenie miłe to było z ich strony i fajne, że udało mi się pożegnać Osakę tak optymistycznym akcentem. Zasnęłam, mając nadzieję, że nie ma w Japonii drugiej Tsukuby, albo Cukuby, czy też Tukuby, Sukuby lub czegokolwiek podobnego w brzmieniu, z czym mogłoby się to pomylić…
więcej fotek z Osaki tu: http://picasaweb.google.com/aga.szudarska/Osaka
OdpowiedzUsuń