poniedziałek, 22 listopada 2010

Sklepologia

   Jadę tak sobie, na tym rowerze, intuicyjne zmierzając na zachód, w stronę słońca, zachodzącego, zaróżowionego nieba. Tam mnie jeszcze nie było. No proszę, jednak mają w Tsukubie McDonalda! O i nawet KFC! Ciekawe swoją drogą, czy japoński mac smakuje tak samo jak u nas… Sprawdzę kiedyś. Zaintrygował mnie duży biały budynek, Wonder Rex. Czyżby to było właśnie to o czym rozmawiały ostatnio Barbara z Anastazją? Japoński wielki ciuchland? Trzeba to zbadać. Absolutnie.
Tak, to było to. Szalenie mi się spodobało. Okazało się, że to nie był tylko ciuchland, ale ogólny second-hand ze wszystkim, trzypoziomowy, ubrania były tylko na parterze, o powierzchni mniej więcej Cerfura w Reducie, na pierwszym elektronika, na drugim wszystko pozostałe, mnóstwo bibelotów, pierdołów, książek, nawet instrumenty muzyczne i akcesoria sportowe. Każdy może tam przynieść swoje rzeczy, jak do komisu. Większość z nich to przedmioty zupełnie nowe, najczęściej nietrafione prezenty, sprzedawane za grosze. Wow… Istne szaleństwo. Ale może kiedy indziej… Teraz, do spożywczego przydałoby się zajechać.

   Jestem tu już dwa i pół tygodnia i wciąż czuję się w tych cholernych sklepach spożywczych cholernie zagubiona. Istna makabra. Mam już dosyć płatków z mlekiem na śniadanie, wciąż głodna po nich jestem, i sałaty na kolację, zagryzanej bananem lub zupki instant. Swoją drogą, kocham zupki instant, muszę się zmuszać do ograniczeń w ich spożyciu. Nasze Vifonki to przy nich dno dna. Vifonki jadą glutaminianem sodu. Te, nie mam pojęcia czym, nie dość, że każda czym innym, to jeszcze mają dużo suszonych warzyw i są gęste i dobrze przyprawione przyprawami, a nie chemią. Tak mniemam, bo chemia tak nie smakuje. Zresztą mają tych przypraw całą ścianę w sklepie, więc po co mieliby przyprawiać chemią. No a tych zupek to są dwie ściany i zawsze największy tłok przy nich. Ech… Ogarnąć się trzeba, i to szybko, wziąć w garść i przekonać się, że inne rzeczy też nie gryzą. Oprócz słodyczy, które są słone. Bo one gryzą jak diabli.  
    Chleb mają tylko tostowy. Dobra, niech będzie, może mi starczy by dotrwać od śniadania do lunchu. Ser… zapomnij. Drogi jak jasny gwint. Ale tu chyba jakieś takie Hochlandopodobne, takie w plasterkach, to się nada. Szynka. Rany Julek, ceny z sufitu. O, jest jakaś przeceniona. Super. O warzywach też można zapomnieć, 6zł za jednego pomidora zafoliowanego w pudełeczku to nie dam. Wolę już te przeceniane sałatki za 3,50. W Kasumi, takim większym supermarkecie, zakupy dobrze jest robić wieczorem, bo wtedy część rzeczy jest przeceniana w stosunku do tego co jest rano. Zauważyłam to najpierw na sałatkach, a potem na większej ilości produktów.
    Przeszłam się po sklepie i raz i drugi i ciężko było mi kupić coś więcej. Czuję się jak dziecko, kompletnie jak dziecko, które mamusia musi wziąć do sklepu za rączkę i wytłumaczyć, co leży na półkach, co jak się nazywa, co do czego służy, co z czym się je. Nawet tutejszy cholerny makaron nie wiem jak długo się gotuje, no ale trzeba go wziąć i wyczaić na miękkość. Z czym ten makaron by można zrobić… Grzyby. Mają ich tu mnóstwo różnych rodzajów, które wyglądają przepięknie i bajecznie. Aż strach jeść. No ale przecież się nie otruję, raz kozie śmierć. Cena do przyjęcia, więc biorę. To jeszcze śmietana do tego. Która to może być… Hm, to raczej jogurt. To raczej mleko do kawy. To raczej jakiś pudding. To chyba też jogurt. To, to nie mam pojęcia. Ale to, to chyba może być to. Ciekawe ile ma procent. Ale innego nie ma, jedno tylko takie. Oj tam, najwyżej…
   Idę do kasy. Ciekawy tu mają patent na pakowanie rzeczy, po przejechaniu przez czytnik, pani kasjerka, po prostu przekłada rzeczy do pustego takiego samego koszyka, układając je bardzo starannie, dbając, by to co miękkie, nie wylądowało na dnie. A do siatki to już potem sobie sami zapakujemy przy stoliku, które są zaraz za kasami. Do tego, w trakcie kasowania i przekładania tych rzeczy z koszyka do koszyka, cały czas nawija. Chyba nazwę produktu i cenę. I się uśmiecha. Kłania się, gdy podaję pieniądze. Kłania się, gdy wydaje mi resztę. Kłania się, gdy dziękuję. I cały czas uśmiecha. I tak za każdym razem, do każdego następnego klienta, i cały dzień, i ten, i następny… Mój opróżniony koszyk zostaje przy kasie, służy teraz za ten pusty dla następnego w kolejce…
    Przed sklepem rząd koszy na śmieci, ostra segregacja. Tylko do którego mam wyrzucić skórkę od banana, co? Żaden z rysunków nie pasuje. Wyrzucę ją u siebie.
Siatka wędruje do koszyka na kierownicy. Jakie to wygodne. Nie trzeba jej dygać. Zresztą, miałabym kawałek, bo niby to blisko, ale 20min na piechotę by się zeszło. A rowerem to myk i już w domu.

    Drugi rodzaj sklepów z jedzeniem, to convinience stores, czyli konbini, czyli czynne 24h małe sklepy wyglądające jak te ze stacji benzynowych, tylko, że bez stacji benzynowych. Są na co drugiej bezimiennej ulicy. Mała dygresja. Mówiłam, że ulice nie mają nazw?? W większości. Tylko takie 6-pasmowe mają. A reszta to no-namy. Adres to tylko nazwa dzielnicy i numer. I tylko w Kioto ulice miały nazwy. No więc wracamy do combini. Są podzielone na kilka sieciówek, Seven Eleven, Lawsons i Coco. Każda z nich ma dokładnie taki sam asortyment, tyle, że chyba różnych firm, bo opakowania się nieco różnią. Ale rozkład sklepów identyczny. Mają tam lodówkę z piwem, lodówkę z mrożoną kawą, półkę z bułkami na słodko, półkę z bułkami na słono, ścianę zupek instant, półkę ze słonymi słodyczami, półkę z chipsami i kolejną z piciem. A w kącie zawsze toaleta, dostępna dla wszystkich i półka z gazetami. Przy kasie jest parę zakąsek na ciepło, typu smażone panierowane warzywa, gotowane ośmiorniczki i inne takie, oraz mikrofala, automat z wrzątkiem i jednorazowe pałeczki. Wrzątku można brać do woli, ile kto chce, jeśli ktoś sobie życzy zjeść zupkę na miejscu. Jeśli bułkę na słono ktoś sobie życzy na ciepło, może włożyć do mikrofali, też nie ma problemu, nie kosztuje to drożej, a pałeczki są gratis. W ogóle w niczym nie ma problemu, kasjer zawsze się uśmiecha i jest szalenie cierpliwy.
   Ostatnio Czesi znaleźli piosenkę na YouTubie, która doskonale oddaje klimat konbini, naśmiewają się z niej ciągle i chodzą powtarzając w kółko eto, eto…


5 komentarzy:

  1. No i trochę fotek tego co na sklepowych półkach na specjalne życzenie co poniektórych tu: http://picasaweb.google.com/aga.szudarska/Kasumi?authkey=Gv1sRgCJK2jPjI4--H4wE#

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale REWELACJA! :)
    A na zdjęciu 65 i 66 to co jest? W ogóle te wszystkie grzyby, ryby, kalmary, ośmiornice i nie wiadomo co jeszcze....! Musisz to wszystko spróbować! :D Koniecznie!

    OdpowiedzUsuń
  3. A te owoce to sama chciałabym wiedzieć co to za dziw natury ;) Jak się dowiem to powiem. I spróbuję wszystkiego, poza ośmiornicą! Grzybki, wszystkie rodzaje, już mam odhaczone i najfajniejsze są te pofalowane :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ej no, podobno być w Japonii i nie spróbować ośmiornicy, to jakby być w Polsce i nie zjeść pierogów! ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ej no, ja to bym bardziej porównała do salcesonu niż pierogów ;) Kto lubi, niech próbuje...

    OdpowiedzUsuń