środa, 10 listopada 2010

Smuteczek!

     Zaczytałam się dziś nieco i zaprzątnięta planowaniem weekendu i konferencji przegapiłam porę lunchową. Dzieciaki z labu po mnie nie przyszły jak wychodziły, choć prosiłam, by dały mi znać. A jak zeszłam stołówkę to okazało się, że niestety po 14-tej już jedzenia nie serwowali i sala była kompletnie pusta. Smuteczek. No nic, trzeba ruszyć w miasto na jedzenie, bo głód zaczął doskwierać. 
    Pojechałam do tej knajpy, w której byłam z Eweliną w sobotę, bo jest tam jeszcze sporo ciekawych potraw do spróbowania. Smuteczek, zamknięta, jestem za wcześnie, otwierają dopiero po południu. Pokręciłam się trochę wokół, ale nie znalazłam żadnej knajpy, która by do mnie pomachała i powiedziała „wejdź tu”. Kiedy już żołądek zaczął się niecierpliwić i zrobiło mi się wszystko jedno co zjem, nadziałam się na fast fooda, w japońskim rozumieniu. Dobra, może być i fast food. Nie mają angielskiego menu. Laska nie mówi po angielsku. Smuteczek. Dobra, damy radę. Może menu z rysunkami mają? Nie? Smuteczek. Dobra, nieważne, damy radę. Wzięłam japońskie menu i pokazałam jej pierwszy lepszy krzaczek, przy którym była jakaś dobra cena. No risk no fun. Ciekawe, co dostanę ;) 
    Dostałam dużą śliczną ceramiczną michę z gęstą zupą, koloru brązowego, w której pływało mnóstwo różnych rzeczy, warzyw i mięsa oraz kupa makaronu. Fajnie pachniało, zalatywało odrobinę curry. Do tego dostałam pałeczki i taką małą, też ceramiczną, chochlę wazówkę. Zwykłej łyżki i widelca nie mieli. Smuteczek. Ale będzie zabawa! Szkoda, że śliniaczka jeszcze mi nie dali. Chochla była tak uformowana, żeby można było zaczerpnąć trochę zupy z kawałkiem czegoś, ale makaron już się z niej ześlizgiwał i nie dało się go nabrać. Nie ma bata, trzeba go tymi pałeczkami szamnąć. Całe szczęście, tym razem nie było nikogo w pobliżu i nikt na mnie nie patrzył. Z początku niezbyt mi to szło, kompletnie niezdarnie, ale potem już coraz lepiej. Zupa była absolutnie pyszna, a siorbanie wychodziło mi naturalnie, bo kształt i rozmiar chochli uniemożliwiał wzięcie jej do ust, więc tak czy siak, trzeba było tą zupę wysiorbywać. Mówiłam Wam już, że zupę trzeba siorbać? Jeśli nie siorbiesz, to wykazujesz kompletny brak kultury i ostentacyjnie pokazujesz, że ci nie smakuje. Tak mi tłumaczyły wczoraj dzieciaki na lunchu. Cały zachód się z tego zbija, bo wygląda to przezabawnie i odgłosy siorbania są naprawdę pocieszne. Po opróżnieniu miseczki, byłam naprawdę syta i szczęśliwa.

    Zdecydowałam już, jak zrobię z tą konferencją i weekendem. Pojadę do Kyoto na sobotę, do Nara na niedzielę i w poniedziałek rano, kiedy zaczyna się konferencja, będę w Osace i zostaję tam do czwartku, a w piątek jestem tu z powrotem. Kyoto i Nara są niedaleko Osaki i są wybitnie warte zwiedzenia, więc trzeba korzystać z okazji. Niestety nie udało mi się zagarnąć nikogo do towarzystwa, no ale lepiej zobaczyć coś samej niż w ogóle. Osaka jest jakieś 500km stąd. Nie pojadę jednak Shinkansenem, nie tym razem. Korciło mnie, ale postanowiłam jechać nocnym autobusem, który jest o połowę tańszy (co nie oznacza, że tani). Shinkansenem przejadę się z Markiem, jak przyjedzie tu do mnie po świętach, bo przecież najszybszy pociąg świata to dla niego jedna z najważniejszych atrakcji Japonii ;) Pojechałam na stację i tym razem całe szczęście nie było smuteczku, bo na piątkowy autobus jeszcze były wolne miejsca. Uff. Kupiłam bilet i wróciłam do siebie.

    Wieczorne spotkanie w Hot Stuffie z górskimi ludźmi miało być koło 9tej. Wyszykowałam się i pojechałam. Pod klubem, w pobliskim Doho Parku, nadziałam się na ludzi poznanych w piątek, którzy właśnie zaczynali kolejny imprezowy wieczór. Twierdzą, że nie ma w Japonii prawa, które zabrania spożywania alkoholu na ulicy, więc korzystają. Jak usłyszeli, że idę teraz do Hot Stuffu, nieco się zatrwożyli, szczególnie Jan.
- Po co tam idziesz?
- Bo słyszałam, że tam spotykają się dziś ludzie, którzy chodzą po górach z tej całej organizacji. Chcę ich poznać.
- Ach tak. Rzeczywiście. Leć i ich poznaj. Na pewno będziesz się dobrze bawić.
Wyczułam pewną drwinę w jego głosie.
- O co wam chodzi?
- O nic.
- Coś nie tak z tymi ludźmi?
- Nie, wszystko okej. Lubią chodzić po górach. Dobrze będzie ci się z nimi imprezowało. Jak przyjdą. Leć już, bo się spóźnisz, jeszcze ci uciekną. Z nami nie masz co czasu marnować, bo już dobrze wiesz, że nas w góry nie wyciągniesz.
Teraz to ja się nieco zatrwożyłam. Jan zawsze mówił w ironiczny sposób, ale teraz  chyba faktycznie było coś na rzeczy. Spojrzałam na knajpę. Mówiłam już, że cała jest przeszklona i widać dobrze ilu ludzi jest w środku, a jak się podejdzie bliżej, to widać nawet kto? Teraz było tam zaledwie parę osób, a że ja nie dysponuję sokolim wzrokiem, to i tak widziałam je bardzo nieostro.
- Nie ma ich tam teraz zbyt wiele. Nie spieszy mi się.
- Nie martw się, na pewno zaraz tu przyjdą, całą bandą. Ale może najpierw napij się z nami, dobrze ci to zrobi.
Jan pokazał puszkę piwa.
- Kup sobie takie. Najlepsze jest. Zapamiętaj, niebieska puszka, na niej 3 takie śmieszne krzaczki. Jesteś naukowcem, dasz sobie radę. Widzisz ten sklep? Widzisz zegarek na ścianie? Na prawo od zegarka, w ostatniej lodówce na końcu, środkowa półka.
Rzut oka na knajpę. No ktoś tam jest. Może jednak pójdę i zobaczę czy to już ci z gór. Jak nie to najwyżej wrócę.
    
    No faktycznie ktoś tam był. Obsługa i dwie Japonki. Pytam, czy one z tego klubu górskiego. Nie. Ale tak, oni tu przyjdą, oni tu co środa przychodzą. No nic. Nie pozostało mi nic innego, jak kupić sobie to piwo w niebieskiej puszce…

   Grupa w parku co chwila się powiększała, dołączały kolejne osoby, niektóre nas tylko mijały i zostawały na chwilę pogadać. Wszyscy się tu znają.
- O!, widzisz, Anastazja biegnie. Ona zawsze o tej porze na jogging wychodzi. Cześć Anastazja!
- Cześć wszystkim. A wy już imprezujecie znowu? Przecież dzisiaj środa.
- No i co z tego? Może do nas dołączysz?
- Jasne. Muszę tylko jeszcze jedną rundkę machnąć.
I poleciała dalej.

    Po jakimś czasie w knajpie faktycznie zaczęli pojawiać się jacyś ludzie. A że dziewczynom zrobiło się zimno, wszyscy stwierdzili, że przenosimy się do środka. Ponarzekali tylko trochę na tych górskich, że znów przez nich nie będzie można palić w środku. I wszystko jasne, to dlatego ta drwina, dlatego ich nie lubią! Jak dla mnie to tylko lepiej.

Weszliśmy.
Ja już trochę rozbawiona, ale podekscytowana, poznam japońskich eskapeboli, ale fajnie, może uda mi się z nimi gdzieś pojechać i wleźć na jakąś górę.
Patrzę po sali.
Siedzą przy stole jacyś, nie za wiele ich. Ale to chyba nie oni???
Jeden z nich pomachał do mnie.
- Ty jesteś Agnes?
A więc oni. Oł szit.
Ciężko było ukryć mi zdumienie. Im też.
Dlaczego?
Ha!
To jest dopiero dobre.
Oni wszyscy… byli starzy. A jak już Japończyk wygląda staro, to musi być faktycznie stary. Zdecydowanie wyglądali staro. Taka pocieszna gromadka dziadków i babć zebrała się na piwo. Ale przecież na zdjęciach wyglądali na nieco młodszą grupę!!!!!
Co za smuteczek, ja nie mogę…

   Wymieniliśmy serdeczności. Nie mogli uwierzyć, że tak młoda osoba lubi chodzić po górach, ma na to czas, a do tego potrafi i chce organizować górskie wycieczki. Nie mogli uwierzyć, że takich osób w Polsce jest dużo. Nie mogli uwierzyć, że działa tam tyle różnych organizacji, które takich ludzi zrzeszają. Pomyśleli, że Polska jest rajem. I zdecydowali, że muszą kiedyś w życiu pojechać w Bieszczady…

   Tymczasem ja musiałam nieco ochłonąć. Przeprosiłam ich na moment i podeszłam do baru. Zaraz pojawił się Jan.
- A nie mówiłem, że super ludzie? I co? Gdzie z nimi jedziesz? – powiedział ze swoją charakterystyczną drwiną w głosie, do której zdążyłam się już przyzwyczaić.
- Ile oni mają lat?? Czemu nie powiedziałeś mi, że to klub emerytów?? – ja na to z wyrzutem.
- Dziewuszko, wyluzuj. Oni mają tylko powyżej 60ciu. No dobra jest parę osób ledwo po 50-tce. Ale są przesympatyczni, nie prawda?? Nie przejmuj się, zaraz będą stąd wychodzić, bo to są poważni, rozsądni, dojrzali ludzie i dłużej jak do 23-ciej nie siedzą. Wiesz, muszą wstać rano i wnuczki bawić...

    Ech. Nie myślcie sobie, że mam coś do trochę starszych ode mnie osób. Wiek nie ma znaczenia, liczy się pasja, co nie? A pasję to oni mają, trzeba im przyznać. Do końca roku organizują jeszcze tylko dwa wypady. Jeden w następny weekend, a drugi w grudniu, tradycyjne wejście na Tsukuba-san, na zakończenie sezonu i imprezę z tej okazji. Bo zimą nie chodzą, za zimno dla nich. Pojadę z nimi, pewnie, ze tak, bo są to pierwsi poznani Japończycy, którzy całkiem nieźle mówią po angielsku, przynajmniej nie mam specjalnych problemów z ich zrozumieniem. Dowiem się od nich sporo różnych fajnych ciekawostek.
A Pati mówiła mi przed moim wyjazdem, że jak była w japońskich Alpach to nikogo młodego na szlaku nie spotkała…

   Jan miał rację, zmyli się dokładnie o 23-ciej. I teraz to naprawdę miałam ochotę się napić. I tym razem może niekoniecznie Mumbo Jumbo.
- Co wy tu pijecie dobrego?
- White Russian. Spróbuj, dobre jest.
Wzięłam łyka. Faktycznie, niezłe. Zamówiłam, barmanka coś pogawędziła po japońsku i w pośpiechu wyleciała z lokalu. Hm?? Wróciła po paru minutach zdyszana z paroma kartonikami mleka w siatce z logo sklepu z na przeciwka. Szybka jest, trzeba jej przyznać. I cudowna, że nie zaserwowała mi kolejnego smuteczku, mówiąc, przepraszam, mleko nam się skończyło, może zamówi pani coś innego? Bardzo ją za to polubiłam. Kolejnego smuteczku chyba już bym dziś nie zdzierżyła.

5 komentarzy:

  1. O, masz również talent literacki. Z przekazanych informacji można wywnioskować, że jest tam wszystko na odwrót, m.in można siorbać zupę, trzeba załatwiać samemu sprawy. Może tam trzeba myśleć na opak?

    OdpowiedzUsuń
  2. Braciszku, już tak mi się nie podlizuj :P Skończyły się czasy, gdy pisałam za Ciebie wypracowania :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Twój blog jest moją codzienną lekturą (w ramach neutralizacji smuteczków i bólów porodowych związanych z pieskami i kotkami i doktoratami które zaraz-zaraz się będą składać do obrony).

    Piszesz o pałeczkach. Wysłałam Ci na e-malia sposób na pałeczki - z gumką. Może być frotka z włosów. Czytałaś i Ci nie podszedł, czy umknął w natłoku?
    Lila

    OdpowiedzUsuń
  4. Lila, dzięki za tą radę, pamiętam jeszcze jak mówiłaś mi o tym patencie w drodze do Chatki. Ale tak jakoś przez roztargnienie - ciągle zapominałam się zaopatrzyć we frotkę, gumka do włosów jakiej używam na co dzień do zmontowania koka się zupełnie nie nadaje. A teraz to już się wyćwiczyłam i chyba nawet zwykły polski rosół byłabym w stanie pałeczkami wciągnąć ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. A to dobrze że już Ci poszło. W sumie to nie jest aż takie trudne, trzeba tylko "załapać". Nie to żebym byłą mistrzem, ale żadne głupie pałeczki nie oddzielą mnie od ulubionego sushi.

    OdpowiedzUsuń